WOMENOMICS DAILY NEWS
Temat miesiąca
4. Kwietnia 2019

Od pracy w korporacjach IT do Formuły Drift PRO 2. Karolina Pilarczyk.

Dwukrotnie zdobyła tytuł najlepiej driftującej kobiety w Europie. Teraz ruszyła na podbój Ameryki. Queen of Europe, Podwójna Mistrzyni Europy w driftingu, Karolina Pilarczyk, odniosła właśnie kolejny spektakularny sukces. Jako jedna z nielicznych europejskich zawodników, zarówno wśród kobiet jak i mężczyzn, otrzymała prestiżową licencję Formula Drift PRO 2. W ten sposób została zakwalifikowana do światowej czołówki drifterów i bierze udział w topowych zawodach driftingowych w Stanach Zjednoczonych. Nam opowiada o tym, jak zaczęła się jej kariera w motosporcie i z czym musiała się zmierzyć w dziedzinie, w której kobiet jest jak na lekarstwo.

Zacznijmy od różowego. To z miłości czy z przekory?

Karolina Pilarczyk: Jako dziewczyna uprawiałam sztuki walki, chodziłam do ścisłych klas – matematyczno-fizycznej, potem informatycznej. Jako dorosła osoba pracowałam w firmach IT, uprawiam motosport. Przyznaję, że raczej nie lubiłam różu. On mi się kojarzył z eterycznością, a ja jestem przecież twardą babą. Ten róż wymyślił Mariusz – mój narzeczony, partner w życiu i w biznesie. On ma niesamowite wyczucie PR-owe i marketingowe. Moja pierwsza reakcja – delikatnie mówiąc – NIE. Ale byłam jedyną kobietą, która wówczas jeździła w zawodach. Mariusz powtarzał, żebym jeździła mocno i agresywnie, i chciał, żeby było wyraźnie widać, że za kierownicą siedzi kobieta, stąd ten kolor. Spodobało mi się to. I dziś mogę powiedzieć, że cały czas gramy ze stereotypami, obalamy je.

Twój partner jest Twoim menedżerem. Jak się poznaliście i jak wspólna praca wpływa na Wasze relacje?

Poznaliśmy się u przyjaciół na sushi. Mariusz wrócił właśnie z rajdu z Maroka i non stop o tym mówił. Wykorzystałam moment, kiedy coś pił i na chwilę zamilkł, zapytałam, czy on bierze udział w motosporcie, bo ja tak. Spojrzał na mnie z zainteresowaniem i zapytał, w czym biorę udział. Odparłam, że w driftingu. Na co on wypalił: „tylko mam nadzieję, że nie jakąś beemką”. A ja w tym czasie miałam BMW M3 E36, które kochałam jak dziecko. Po tym tekście nie chciałam mieć z nim nic do czynienia. To był falstart. Mariusz jednak nie odpuścił i po kilku miesiącach spotkaliśmy się ponownie. I tak to się zaczęło. Dla mnie przeprowadził się do Warszawy. Mało miał do czynienia wcześniej z driftingiem, miał duże doświadczenie głównie w off-roadach, ale stwierdził, że razem zbudujemy team driftingowy. Ja do wszystkiego dochodziłam metodą prób i błędów, jak się pojawił Mariusz, okazało się, że tworzymy dream team. Moje podejście biznesowe uzupełnia się z Mariusza wiedzą motoryzacyjną.

Ukochana córka poszła w drifting. Jak to przyjęli rodzice?

Nie najlepiej. Nie miałam w domu żadnych tradycji motosportowych, nikt mi nie pokazał piękna samochodów i sportów z nimi związanych. Tak jak wspomniałam – cały czas od szkoły przez studia po miejsce pracy – obracałam się w męskim środowisku. Kiedy zrobiłam prawo jazdy, to jazda samochodem nie była dla mnie fascynująca, była narzędziem do przemieszczania się z punktu a do b. A ponieważ nie chciałam usłyszeć „baba za kierownicą”, postanowiłam się trochę doszkolić, żeby potrafić kontrolować auto. Kiedy uczyłam się wprowadzać samochód w kontrolowany poślizg, to nagle poczułam adrenalinę i miłość do tego, co właśnie robię. Postanowiłam iść w motosport. To był 2000 rok, więc nikt nie wiedział o driftingu, nie było Facebooka, nie miałam dostępu do ludzi, którzy znają się na rzeczy i mogliby mi pomóc. Wszystko, co robiłam w kierunku zaistnienia w motosporcie, trwało lata. Jeśli chodzi o rodziców, to za każdym razem, kiedy o nich myślę, mam przed oczami kadry z filmu „Wyścig”, który jest historią rywalizacji kierowców Formuły 1 – Jamesa Hunta i Nikiego Laudy. To piękny film, który obejrzałam kilka razy, bo jest tam dużo odniesień do mojego życia. Między innymi to, że są z dobrych domów, ale rodziny ich kompletnie nie wspierały w ich pasji i karierze. W filmie jest taka scena, kiedy James Hunt odbiera puchar dla najlepszego kierowcy i mówi, że da ten puchar swojemu ojcu i powie, by wyobraził sobie, że jest za wybitne osiągnięcia w dziedzinie finansów (jak dobrze pamiętam). I tak jest u mnie. Jak dostaję puchary, to proszę ojca, żeby sobie wyobraził, że to za wybitne osiągnięcia w informatyce. Moi rodzice długo nie akceptowali mojego wyboru, przez cały okres, kiedy walczyłam o ten sport – myśleli, że to moja fanaberia i że mi przejdzie. Byłam wymarzoną córeczką – nie było ze mną problemów, chodziłam do najlepszego liceum w Polsce, potem dobre studia i nawet otwarcie przewodu doktorskiego. Moi rodzice widzieli mnie jako panią menedżer w korporacji, panią, która znajdzie sobie męża biznesmena, będzie miała psa i kota, urodzi dwójkę dzieci i wybuduje dom w Konstancinie. Ot, stereotypowy obrazek. Mój tata jest utopijnym informatykiem i liczył, że ja coś wynajdę, odniosę wybitne sukcesy w informatyce. A ja zamiast szukać męża biznesmena, brałam udział w zawodach. Moi rodzice są dla mnie przyjaciółmi, mój ojciec jest dla mnie autorytetem, włada czternastoma językami, ma imponującą wiedzę informatyczną, historyczną i na temat religii. Moja mama jest kobietą cudowną, wrażliwą i pomocną każdemu w potrzebie. Był moment, że temat motoryzacji był u nas w domu tabu. Mój tata mówił, że to głupie, że jestem do wyższych celów stworzona. Mama mówiła, że mnie na to nie stać, że jestem kobietą, żebym to zostawiła, że są lepsi. Więc ja nie dotykałam tego tematu z nimi. Śmieję się, że w jakimś stopniu realizuję plan taty, który chciał, żebym zbawiała świat, bo ludzie do mnie piszą, że mieli ogromną depresję, a ja im dałam siłę w zmaganiu z chorobą. Spełniam więc marzenia rodziców, ale nie w taki sposób, jak by tego chcieli. Dopiero od dwóch, może trzech lat mówią o mnie z dumą. Pewnie przyczynił się do tego fakt, że ludzie do nich przychodzili i mówili, że śledzą moje działania, że gratulują im córki.

Mówisz o metodzie prób i błędów. W jednym z wywiadów powiedziałaś, że zaczęłaś swoją przygodę z driftingiem w 2004 roku, ale swoje pierwsze auto miałaś dopiero w 2008, bo długo Ci zajęło pozyskanie wsparcia, finansowania wiedzy. Z czego to wynikało? Z tego, że byłaś jedyną kobietą? Czy nie było na to rynku?

Z kilku czynników. Nie miałam wiedzy. Nie miałam dostępu do osób, które mogłyby się ze mną nią podzielić. Od rodziców nie miałam wsparcia, wszystko na mojej głowie. Do tego drifting to kosztowna sprawa. Musiałam dużo pracować, żeby móc realizować swoją nową pasję. Często zmieniałam pracę pod kątem finansów, żeby mieć na ten samochód. Żyłam życiem pełnym wyborów – ok, nie jadę na wakacje, ok, nie kupuję nowych rzeczy, bo trzymam kasę na zawieszenie, na opony, na wydech itd. To był proces. Kiedy się dowiedziałam, że muszę zmienić zawieszenie, a ono kosztuje tyle i tyle, musiałam tę inwestycję zaplanować. Do tego jestem kobietą, co w tej branży niezwykle rzadkie, więc mam niemiłe doświadczenia, które zafundowali mi panowie. Tu niestety panuje dosyć duży seksizm. Mechanicy, którzy budowali te samochody, nie chcieli mnie wdrożyć w ten świat, coś podpowiedzieć, jak coś zrobiłam, to byli jak loża szyderców, hejtowali i naśmiewali się. A ja nie miałam kogo poprosić o pomoc. Druga sprawa to finanse. Wszyscy dokoła mówili – ty masz łatwiej, jesteś dziewczyną. Otóż nie! Sponsorzy nie traktowali mnie poważnie. Nie traktowano mnie jako osoby, która może odnieść sukces. Wielokrotnie miałam spotkania, które kończyły się propozycją – seks za kasę. Dziś się zastanawiam, co ja miałam w głowie, że to wszystko przetrwałam, bo doświadczyłam naprawdę trudnych i nieprzyjemnych zachowań. Włącznie z okłamywaniem mnie. Mechanicy wiedząc, że nie mam wiedzy, zakładali mi podzespoły, za które płaciłam duże pieniądze, a okazywało się, że zakładali mi złom. Pojawienie się w moim życiu Mariusza w 2012 roku było dla mnie światłem w tunelu. W 2013 wybudowaliśmy auto i to był punkt zwrotny w mojej karierze. W końcu miałam samochód do wygrywania. Mariusz dał mi wiatr w żagle.

Pojawił się Mariusz, mężczyźni wokół się zmienili? Nie było już hejtu?

Był. Dziś niektórzy przychodzą i klepią nas po plecach – mówiąc – śmialiśmy się i nie doceniliśmy… A ja mam w głowie słowa, które powiedział Gandhi: *Najpierw Cię ignorują. Potem śmieją się z Ciebie. Później z Tobą walczą. Później wygrywasz.*I tak dokładnie jest w moim przypadku.

Powiedziałaś przed chwilą, że w sumie to się zastanawiasz, co Ty miałaś w głowie, że tyle wytrwałaś. No właśnie, co? I jakbyś nazwała to, co robisz? Praca? Pasja? Sposób na życie? Wymarzony zawód świata?

Przytoczę cytat, który jest mi bardzo bliski: kiedy pasja staje się życiem, życie staje się pasją. I tak było. Na początku drifting był pasją, odrywał mnie od świata, dawał mi mnóstwo doznań. Kiedyś ktoś mnie zapytał – czy jest taki punkt, który chciałabym osiągnąć, żeby móc powiedzieć, że mogę po jego osiągnięciu zakończyć karierę. Otóż nie ma.

Widzę siebie jako staruszkę, która wsiada za kierownicę i jeździ bokiem. Ja nie robię tego dla poklasku, to mi wciąż daje przede wszystkim niesamowity power.

Gdyby do Ciebie przyszła Twoja córka i powiedziała, że chce robić to co Ty, co byś jej powiedziała?

Poparłabym. Dlatego że drifting jest relatywnie bezpieczny. Samochód posiada klatkę, kierowca jest w kombinezonie ochronnym, kasku, mocno przypięty pasami do foteli kubełkowych. W przypadku wypadków, do których dochodzi dość często, straty najczęściej są w sprzęcie, a nie ludziach. Często śmieję się, że na torze jestem bezpieczniejsza niż na ulicach Warszawy. Wiem, że moja córka miałaby fantastyczny start.

Na torze rywalizujesz z mężczyznami. Czy też o to w tym chodzi?

To dodaje swego rodzaju smaczku. Dla mężczyzn to często ogromny stres. W końcu kobieta konkuruje w „ich dyscyplinie”. Wiem, że są mężczyźni, którzy przed „bitwą” w zawodach ze mną, nie mogli spać ze stresu.

Przegrać z Królową, z Mistrzynią Europy, to nie taryfa ulgowa?

Za granicą przed zawodami mężczyźni, z którymi miałam się zmierzyć na torze, mówili: „przegrać z tobą to nie żaden wstyd”. W Polsce jest inaczej. Mam wrażenie, że Polacy ambicjonalnie podchodzą do rywalizacji z kobietą. Ze mnie szydzili, umniejszali moje osiągnięcia, zrzucając wygraną na karb mojego świetnego sprzętu. Byli tacy, którzy uważali, że mam samochód, który sam jeździ. Tak więc mogę powiedzieć, że w Polsce jest tak, że jak mężczyzna wygrywa, to jest świetnym kierowcą, jak przegrywa, to sprzęt zawiódł. W 9 na 10 przypadków mężczyźni, którzy ze mną przegrali, przyszli do nas, żeby się z tego wytłumaczyć.

W jednym z wywiadów powiedziałaś, że zawodowo w Polsce jeździ sześć kobiet, a na forach pojawiło się szesnaście, które mają swoje samochody i driftują. To jest faktycznie tak mały rynek?

Z jednej strony może mały, ale z drugiej duży. Jeśli weźmiesz pod uwagę rajdy, wyścigi, to wszędzie tych kobiet jest mało. Ja przez 10 lat byłam jedyną kobietą jeżdżącą w zawodach driftingowych. Kobiety się boją wejść na tor, boją się hejtu, oceny. Ja je zachęcam do działania.

Może jakiś klub? Fundacja?

Chcieliśmy te szesnaście kobiet zaktywizować i zrobić zawody tylko
i wyłącznie dla kobiet. Bez rywalizacji, dla dobrej zabawy. Ale pracy jest dużo, mamy zaplanowane kilka miesięcy do przodu, wakacji nie mamy i pracujemy po kilkanaście godzin na dobę.

Jaka konstelacja cech sprawiła, że jesteś tu, gdzie jesteś i robisz to, co robisz?

Od dzieciństwa jestem nauczona, że jak się za coś biorę, to staram się to doprowadzić do perfekcji. Jestem cierpliwa i wytrwała. Radzenie sobie z problemami, stresem zawdzięczam rodzicom. Wysyłali mnie na sport, a on uczy tych cech. Do tego wpoili mi wiarę w siebie, pracowitość i wyposażyli mnie w mocny kręgosłup moralny. To dzięki tym wartościom udało się zbudować tak wspaniały team driftingowy.

Mówisz o zespole. Jaka jest organizacja Waszej pracy? Ty zarządzasz? Czy Ty skupiasz się na torze, na wynikach?

Śmieję się, bo jak mówię ludziom, że jestem profesjonalnym kierowcą driftingowym, to ludzie od razu oczami wyobraźni widzą mnie od rana do nocy jeżdżącą w samochodzie… Tak naprawdę ja 80% czasu spędzam na zadaniach biznesowych po to, żeby te pozostałe 20% spędzić w samochodzie. Wierzę w specjalizację. Kwestie zarządzania zespołem, sprawy związane z mechaniką prowadzi Mariusz i jest
w tym świetny. Kontakt z mediami oddałam PR-owcowi. Ja prowadzę firmę, która zajmuje się działaniami PR-owo-marketingowymi poprzez motosport. Jestem handlowcem, spotykam się ze sponsorami, przygotowuję prezentacje, finalizuję umowy. Razem z Mariuszem też prowadzimy moje social media. Od początku mamy świetny kontakt z ludźmi i źle bym się czuła, gdybym prowadzenie moich profili w mediach społecznościowych oddała obcym ludziom. Fani zawsze byli dla mnie bardzo ważni – bez nich nie byłoby tak fajnie!

Zobacz jeszcze:
INSTAGRAM