WOMENOMICS DAILY NEWS
stories
20. Grudnia 2018

Matka – matce – matką wspierającą. Jej projekt to udowadnia

O odczarowywaniu macierzyństwa, relacjach między matkami i pomyśle, który przyciągnął 1200 mam - rozmawiamy z Barbarą Falentą – pomysłodawczynią i koordynatorką projektu „Mamy piszą książkę”, którego rezultatem jest seria książek „Mamy dla Mamy” napisana wspólnie przez 1200 kobiet.

WPM: 1200 autorek, wśród nich mamy, lekarze, doule, psycholożki, prawniczki. Na początku grudnia owoc tej współpracy – dwa tomy książki „Mamy dla mamy” – ujrzał światło dzienne. Jak to się zaczęło?

**Barbara Falenta:**Jestem mamą dwójki dzieci. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że brakowało mi takiej książki. Przeczytałam wiele książek w trakcie ciąży, ale jak pojawiło się moje pierwsze dziecko okazało się, że jest jeszcze mnóstwo tematów, o których nie mam pojęcia. Zarówno dotyczących dziecka jak i kobiety w roli matki. Przy drugim dziecku były kolejne nowe tematy. W efekcie miałam poczucie, że tego jest tak dużo, że ja już nawet nie wiem, czego nie wiem. Byłam tym sfrustrowana. Wtedy pomyślałam – dlaczego nie ma jednego miejsca, w którym spisane byłyby wszystkie zagadnienia tak, żeby i przyszła i świeżo upieczona mama mogły się zorientować, co w ogóle jest do ogarnięcia? Książek dotyczących macierzyństwa i ciąży jest dużo. Ja przygotowując się do bycia mamą przeczytałam dobre kilkanaście. Do tego dochodzą książki z zakresu psychologii – a tu się dużo dzieje – np. są tzw. nowe nurty rodzicielstwa, jak rodzicielstwo bliskości, czy porozumienie bez przemocy. To oznacza nowe książki. Kto ma to czas czytać? Pomyślałam o jednej książce – która pokazuje wszystkie tematy i krótko w nie wprowadza. Książce, która pozwala rodzicowi się zorientować, jakie tematy ma zagospodarowane, na jakie chce czytać więcej i sięgnąć po dodatkowe źródła. Jak mi się pojawił ten pomysł w głowie, to już nie mógł się odczepić.

Jak się za niego zabrałaś?

**BF:**Wiosną 2017 roku dużo spacerowałam z moim dzieckiem. Codziennie ta sama trasa i ta sama myśl w głowie – stworzyć tę książkę. Był taki moment, że zaczęły do mnie przychodzić konkretne rzeczy związane z tym projektem. Zaczęłam je nagrywać. Po dziesięciu dniach zobaczyłam, że mam sto pięćdziesiąt notatek głosowych w telefonie. Zdałam sobie sprawę, że projekt właśnie powstaje. Zaczęłam rozmawiać ze znajomymi matkami, przyjrzałam się też dyskusjom na różnych grupach z matkami i utwierdziłam się w przekonaniu, że jest w nim potencjał.

Co było dalej?

**BF:**Miałam koncept, teraz zaczęłam się zastanawiać, jak go zrealizować? Jestem magistrem inżynierem biotechnologii z wykształcenia, marketingowcem z doświadczenia, humanistką się czuję może w jednym procencie, a z wydawaniem książek nie miałam nic wspólnego. Pierwszy pomysł – wywiady z ekspertami – szybko odpadł. Zdałam sobie sprawę, że zawsze denerwowało mnie to, że w wielu książkach czy wielu artykułach w internecie i prasie tematy macierzyńsko-wychowawcze są potraktowane bardzo subiektywnie. Ten kto jest za porodem naturalnym – gloryfikuje ten rodzaj porodu, ten kto jest za karmieniem piersią, widzi w tym jedyną słuszną metodę karmienia niemowlaka. Podobnie jest z krytyką. Brakowało mi wywarzenia w mówieniu o tych wszystkich tematach.

Wpadłam na pomysł założenia grupy, która będzie dyskutować nad tematami do książki, a każdy rozdział poświęcony konkretnemu tematowi będzie na tej podstawie pisać jedna autorka. Absolutnym postanowieniem było, że książkę piszą dyplomowane ekspertki, które jednocześnie są mamami. Osobiście te dyplomy weryfikowałam. Do tego w poszczególnych rozdziałach są fragmenty naszych dyskusji z grupy. Chciałam pokazać praktyczną stronę każdego tematu, a to mogło się wydarzyć tylko kiedy ekspertka pisze z własnej matczynej perspektywy wzbogaconej o perspektywę innych mam.

Od początku czułam, że to będzie świetny koncept i że kobiety będą chciały to pisać. Wiele osób marzy o tym, żeby napisać książkę. Ale często mamy wiele barier, które trudno pokonać – brak czasu, brak materiału na całą książkę. Inaczej rzecz się ma z jednym rozdziałem. Sama stwierdziłam, że gdyby ktoś robił taki projekt, chętnie wzięłabym w nim udział. Zresztą napisałam jeden rozdział poświęcony podróżowaniu w ciąży. To jest temat owiany wieloma mitami, a że podróże to moja pasja, to z przyjemnością się z nimi rozprawiłam.

Merytorycznie już wiemy, a technicznie jak się do tego przygotowałaś?

**BF:**Zorientowałam się, jak wygląda proces self-publishingu i jakie są jego koszty. Założyłam stronę internetową, założyłam grupę na Facebooku. Pomyślałam – jak się zgłosi pięćdziesiąt osób - będzie super, dwieście - ekstra, a pięćset - byłoby wow. Puściłam wici w kilku grupach rodzicielskich. Po sześciu godzinach miałam już dwieście zgłoszeń. No to działamy – pomyślałam – ale zaraz potem zaczęłam się zastanawiać, jak to ogarnę? Grupą trzeba przecież zarządzać. Minął miesiąc – w grupie było już ponad siedemset osób.

Przedyskutowałyśmy na grupie koncepcję książki i potwierdziły się moje przypuszczenia – ma być krótko na każdy temat. Zrobiłyśmy burzę mózgów nad zagadnieniami do książki. Łącznie tysiąc pięćset komentarzy i trzy dni mojej pracy nad ich obrabianiem. Z tego wyekstrahowałam dwieście pięćdziesiąt tematów. Otworzyłam zgłoszenia. Po pierwszej rundzie rekrutacji okazało się, że osiemdziesiąt procent tematów mam zagospodarowanych. Okazało się, że w naszej grupie są wszyscy, których potrzebujemy - psycholożki, dietetyczki, fizjoterapeutki, prawniczki, ginekolożki, położne, doule, pediatrzy. Do niektórych tematów miałam po kilka zgłoszeń. Potencjalna autorka najpierw musiała napisać koncept na swój rozdział. A ponieważ ja się oczytałam w ciąży, to miałam przekrojową orientację w wielu tematach i byłam w stanie po takim koncepcie ocenić, czy autorka dobrze poprowadzi rozdział.

Autorki zaczęły pisać i…

BF:… zaczęły się opóźnienia. A jak potem zaczęłam już dostawać teksty – to się okazało, że nie przemyślałam dokładnie tego, co dalej. Myślałam, że dostanę krótki tekst (około osiem tysięcy znaków), przeczytam go w „trzy minuty” i puszczę do redakcji. Okazało się jednak, że wiele tekstów wymaga poprawy. Merytorycznie z reguły były dobre, ale często były za długie, zbyt szczegółowe lub zbyt formalne. Zaczęła się moja praca - gdzie poprawić, co usunąć, czego brakuje itp. Moje przejrzenie tekstu zamiast trzech minut, zajmowało godzinę. Do tego, ponieważ jestem amatorem, a nie ekspertem w tych tematach, stosowałam podwójną weryfikację. Tekst napisany przez jedną psycholożkę trafiał do recenzji drugiej. Były rozdziały, których dopiero siódma wersja została zaakceptowana. Pracowałam wtedy pięć - sześć godzin dziennie nad tymi tekstami, to była monotonna praca, ale czułam, że to ma sens. Wiedziałam, że muszę się pogodzić z tym, że to trudny etap i go po prostu przetrwać.

Stworzyłaś projekt oparty na idealnym modelu promocyjnym. 1200 kobiet, które miały swój wkład w tę książkę, to duża siła w social media.

BF: Tak, ale to coś więcej. Jedna z autorek napisała do mnie – dziękuję ci za ten projekt, on wniósł kolory do mojego macierzyństwa. Kobiety dziś się super przygotowują do macierzyństwa. I ta wspólna inicjatywa dała im możliwość przekazania innym mamom całej tej wiedzy, którą zgromadziły przygotowując się do porodu, a później do wychowania i pielęgnacji dziecka.

Siłę tej książki upatrujemy też w jej misji, która brzmi - dzięki tej książce poczujesz, że dasz radę. Takiego przekazu w kontekście macierzyństwa generalnie brakuje.

**BF:**Tak i ta książka faktycznie tak działa. Jest nie tylko o dzieciach. Skupia się też na mamach, ojcach i na relacji między rodzicami. Zresztą wśród twórców książki jest jeden tata. Spędził on pół roku ze swoich maluchem, jego mama była z nim pierwsze pół roku, po czym wróciła do pracy. W swoim rozdziale dzieli się doświadczeniami, jak to jest być ojcem wśród mam i na przykład jak wybrać się na zajęcia, które są dla mam z dziećmi, bo nie ma jeszcze takich dla ojców z dziećmi. Ciekawa perspektywa.

Chciałam, żeby książka sprowadziła macierzyństwo do zdrowego poziomu. Bije z niej przekaz – kobieto, spokojnie. Pamiętaj o sobie. Pamiętaj o partnerze, on też jest ważny. Jesteście rodziną. Zresztą zmienia się rola ojców. Ci współcześni są bardzo obecni w wychowaniu dzieci już od ich pierwszych dni życia.

Co o kobietach i o mężczyznach powiedział Ci ten projekt i praca nad nim?

BF: Po pierwsze, jako matka, nabrałam pokory. Patrząc na inne matki, nie oceniam. Po wielu dyskusjach przy tej książce – wiem, że to, co mi się wydaje, to tylko mi się wydaje, i to nie musi być jedyna i najlepsza opcja. To, co mnie bardzo pozytywnie zaskoczyło – to to, że kobiety są w stanie aż tak się zaangażować w projekt i tyle od siebie dać. Główną redaktorką dwóch tomów książki jest Agnieszka Bukowczan-Rzeszut. Tę piękną okładkę zaprojektowała Kaja Grochowalska – spędziłam z nimi wirtualnie niejedną noc na pracy nad książką.

Ten projekt uświadomił mi też to, że matki to pewna subkultura, one silnie forsują swoje opcje. Takim tematem, który je polaryzuje jest np. powrót do pracy. Są matki, które chcą siedzieć z dzieckiem do 3-ciego czy 6-tego roku życia, a nawet takie, które mogłyby być z dzieckiem aż skończy 18 lat. Są takie, które już po pół roku stoją w blokach startowych, żeby wrócić do aktywności zawodowej. W zależności od tego, którą matką jesteś, taką opcję forsujesz na maksa.

Mamy dla mamy – ten slogan jest coraz popularniejszy, jakby wręcz stawał się ruchem społecznym. Jak Ty to odbierasz? Matki biorą za odczarowywanie macierzyństwa?

**BF:**Też, ale myślę, że również za odczarowanie relacji kobiecych. Mówi się kobieta – kobiecie – kobietą. Matka – matce – matką. I trochę tak jest. Pomiędzy matkami jest trudna relacja. Postępujesz ze swoim dzieckiem w pewien sposób i masz przekonanie, że to, co robisz jest najlepsze. To naturalne. Ale jak weźmiesz dwie matki, które mają różne zdanie na temat chociażby smoczków, to między nimi iskrzy. A ten projekt jest dowodem na to, że kobiety chcą od tego odejść. Te autorki włożyły serce i czas, żeby inne matki mogły z tego skorzystać. Zaskoczeniem dla mnie było też to – jak mało miałam problemów na linii autorka – koordynatorka. Kobiety zaczynają się bardziej szanować. Zresztą jest w książce rozdział o relacjach między kobietami.

Z jakimi mitami się zmierzyłaś, co słyszałaś kiedy byłaś w ciąży?

BF:Nie noś, bo przyzwyczaisz”. To usłyszałam od pediatry, od członków rodziny. Tymczasem badania psychologiczne mówią wprost – im bardziej wykochasz dziecko na początkowym etapie – poprzez noszenie, kontakt fizyczny, masaże itp., tym lepiej dla niego i tym lepiej dla waszej relacji. Przy pierwszym dziecku pamiętam, że postanowiłam, że nauczę je samodzielnie zasypiać w łóżeczku. I mój syn był bardzo współpracujący. Ja go odkładałam, on zasypiał. Tylko ja czułam dyskomfort. Czułam, że potrzebuję go przytulić. Walczyłam ze sobą, bo kołatało mi w głowie właśnie to, co powiedziałam na początku. W końcu pomyślałam, że przecież ja też lubię zasypiać przytulając się do męża. Więc wydaje mi się naturalną potrzebą zasypiającego dziecka, że może chcieć się przytulić do rodzica. I poszłam za tym. Zrobiłam tak, jak czułam, wbrew temu co słyszałam.

Jakie masz plany z rozwojem projektu?

BF: Na początek nagranie audiobooka. Z własnego doświadczenia wiem, że matki nie mają jak czytać. Jako świeżo upieczona mama spędziłam dużo czasu właśnie na słuchaniu audiobooków. Ich możesz słuchać nawet jak karmisz. Kolejny krok to przetłumaczenie książki na języki obce, a wcześniej wybranie uniwersalnych treści, które jest sens tłumaczyć i wydawać w innych państwach. Czuję też, że będzie kontynuacja tej książki. Nie wiem jeszcze w jakim zakresie, ale widzę, że grupa ma chęci działać dalej.

Zobacz jeszcze:
INSTAGRAM