WOMENOMICS DAILY NEWS
Temat miesiąca
9. Marca 2020

Moja praca – to mój drugi dom

Malwina Rejs - kobieta orkiestra! Swoją pasję z sukcesem przekuła w biznes, stając się jedną z najbardziej cenionych kosmetyczek w Zamościu. Już pół roku po otwarciu pierwszego salonu wygrała w konkursie na najlepszy salon kosmetyczny w powiecie zamojskim.

Emanujesz pasją i jesteś przykładem kobiety sukcesu, która kocha to, co robi. Kiedy poczułaś, że to właśnie to?

Malwina Rejs: Od zawsze wiedziałam, co chcę robić. Miałam 14 lat, kiedy wykonałam pierwszy makijaż ślubny. Oczywiście nie był do końca profesjonalny, ale czułam ogromną radość, że ktoś pozwolił mi w ogóle zrobić ten makijaż w tak ważnym dniu. W wieku 15 lat pojechałam na pierwszy kurs paznokci. To były ferie, zamiast śmigać jak inne dzieci na sankach, ja szkoliłam się w Warszawie. Potem zaczęłam jeździć z wizytami do klientek. A kiedy przyszedł czas, wybrałam edukację w szkole kosmetycznej. W wieku 19 lat zaczęłam swoją pierwszą pracę w salonie kosmetycznym i to mnie całkowicie pochłonęło. Moja szefowa nauczyła mnie wszystkiego. Chciałam założyć coś własnego, ale długo się tego bałam, nawet przeszłam przez etap pracownia w polu za granicą. Trwało to 10 sezonów, ale to nie ujarzmiło mojej pasji. W dzień praca przy owocach, a wieczorem aż do północy robiłam hennę, depilacje, po prostu obsługiwałam wszystkie kobiety, które tam pracowały. To one mi mówiły – „Malwina zrób coś swojego”. Bałam się, ale zrobiłam pierwszy krok – zleciłam wykonanie strony internetowej, potem zaczęłam przyjmować u siebie w domu. Rozkręciło się to bardzo szybko. Dziś mam dwa salony i 14 pracownic. Moja praca to mój drugi dom. Mogłabym w niej siedzieć 24 godziny na dobę.

Zatrzymajmy się na chwilę przy szefowej, o której wspominasz. To nie takie oczywiste, żeby szefowa przekazywała swoje know-how.

Pani Grażynka Krukowska wypuściła w Zamościu wiele świetnych kosmetyczek spod swoich skrzydeł. Mam sporo koleżanek kosmetyczek, które są "spod jej ręki" i to widać. Zresztą w drugą stronę to też działa – kiedy do mnie dzwoniły koleżanki z gratulacjami sukcesu mówiły – „Widać, że jesteś po Pani Grażynce”. Także mój sukces w dużej mierze zawdzięczam jej. Praktyka u niej, jej wiedza, jej podejście nauczyły mnie więcej niż szkoła. Spędziłam u niej trzy lata. Potem odeszłam na macierzyński. Nauczyła mnie zabiegów, swoich tajników, tempa pracy, relacji z klientem. Ona miała jeden z pierwszych salonów w Zamościu i pamiętam jak długie kolejki się do niej ustawiały. Każdy, kto zaczyna powinien trafić na takiego mentora. Dla mnie Pani Grażynka to guru kosmetologii. Do tej pory mamy ciepłe relacje. I wiem, że zawsze mogę liczyć na jej wsparcie w razie czego.

Po kilkunastu latach praktyki zawodowej dziś jesteś nie tylko kosmetyczką, nie tylko szefową, ale też inwestorką.

Ja tego tak nie postrzegam…ale można tak powiedzieć. Mam dwa salony w Zamościu, do niedawna miałam trzy, ale tymczasowo musiałam ten jeden zamknąć, bo nie mam wystarczająco dużego zespołu. Trzy dziewczyny przeszły właśnie na L4 związane z ciążą. Nie mogłam na szybko nikogo znaleźć, a w tym zawodzie potrzebne są osoby zaufane.

Jak wyszukujesz pracowników?

Najczęściej przez ogłoszenia w szkołach kosmetycznych, gdzie pracują moje koleżanki. Zawsze piszę post na Facebooku. Tylko wiesz, rynek pracowników jest taki, że na czterdzieści dziewczyn, które przychodzą na rozmowę, tylko jedna finalnie zostaje wzięta pod rozwagę. Cenię jakość, wypracowałam sobie, to co sobie wypracowałam i nie mogę pracować z kimś, kto nie sprosta naszym zasadom i standardom. Nie oznacza to, że osoby z małym doświadczeniem nie mają szans, bo mam dwie dziewczyny w zespole, które wzięłam od samego początku na naukę. Czułam je – one z kolei powiedziały, że marzą, żeby ze mną pracować. To była dobra decyzja. Zainwestowałam w nie, wysyłałam na szkolenia, a dziś mijają trzy lata odkąd ze mną pracują.

Mówisz, że dostrzegłaś w nich potencjał - jak to robisz?

Jestem silną kobietą, ale mam miękkie serce. Za miękkie. Zdarzyło się, że przez mój salon przewinęły się dziewczyny, które okazało się, że chciały się jedynie wylansować… Ale generalnie ten potencjał w kimś po prostu czuję albo nie. Bardziej niż na konkretne umiejętności kosmetyczne patrzę na cechy charakteru, kompetencje miękkie takie jak sposób rozmowy, podejście do pracy. Ważne dla mnie jest to, jakie mi potencjalna pracownica zadaje pytania podczas rozmowy kwalifikacyjnej. Jeśli pyta o konkretne zabiegi, o pracę salonu, o szkolenia - to mi dużo mówi o tym, co ją interesuje w pracy. Pamiętam jak jedna z dziewczyn przyszła na rozmowę i powiedziała – proszę dać mi szansę. Zrobiłam to i choć początki były ciężkie, nie żałuję. Mnie też kiedyś dano szansę, też zaczynałam od praktyk. Każdy się może nauczyć tego, co powinien, jeśli chce. Ale zdarzają się też osoby, które przychodzą na rozmowę o pracę i z marszu zadają pytania w stylu - ile będę zarabiać? Co będę robić?

Jaką jesteś szefową?

Z biznesowego punktu widzenia myślę, że wciąż mam nad czym pracować, bo łatwo mi wejść na głowę - jak mówiłam, mam miękkie serce. Dlatego jedna z zasad, którą sobie wprowadziłam jest taka, że z pracownikami nie jestem "na ty". Poza tym, myślę, że jestem szefową wyrozumiałą. Czasami za to dostaję, ale wierzę, że dobro wraca, a złośliwym zawsze karma wraca.

W tym biznesie bardzo działa marka osobista. Jak poradziłaś sobie z tym – że każdy klient „chce do Malwiny”?

Takie sytuacje dzieją się do tej pory. Ale fakt, że dziewczyny mają już swoje stałe klientki. Jak sobie z tym radzę? Przede wszystkim, zawsze zapewniam, że każda z pracownic Magii Piękna reprezentuje taką samą jakość obsługi, pracuje na takim samym produkcie, a do tego w razie czego ja jestem w salonie i obiecuję, że przypilnuję tej jakości. Podkreślam, że moje dziewczyny cały czas się szkolą, a ja sama je doglądam i narzucam moje standardy. A jeśli ktoś nawali – dzwonię do klientki przepraszam i gwarantuję, że poprawię co trzeba osobiście. Ale to są pojedyncze przypadki.

Jak się dochodzi do sukcesu w tej branży?

Mało kto wie, ile musiałam poświęcić, żeby dojść do tego, co dziś mam. Nie brałam kredytu, nie brałam dotacji, pracowałam w polu i odkładałam. To praca codziennie od 7.00 do 22.00, nieraz kosztem dzieci, dla których miałam mniej czasu. Dla stałych klientów jestem w pracy w niedzielę nawet o 6.00 rano. Zdarzają mi się takie sytuacje, że przyjmuję klientki bez makijażu, to się dzieje właśnie w niedziele i wtedy słyszę – "Jest 7.00 rano, a pani w pracy? Ta wasza szefowa każe wam pracować tak rano w weekend, a sama pewnie leży na plaży w ciepłych krajach". A kiedy mówię – "Wie pani co, ale to ja jestem szefową", to w odpowiedzi słyszę – "O rany, bardzo przepraszam, nie poznałam pani! Tak mi wstyd...". Tak mnie niektórzy oceniają. Są tacy, co mówią, że jestem cała zrobiona, że mam sponsorów… Tymczasem ja mam dwa salony, dwa kalendarze w głowie, nie mam menedżera, ani aplikacji do zapisów online – próbowałam z tym, ale u nas się to nie sprawdziło. Wiem, co się dzieje w jednym i drugim salonie. Jak wchodzi klientka, to ja wiem, gdzie ma siedzieć i co ma mieć zrobione. Kocham to i siedzę w tym. Moja praca - to mój dom. Moje dziewczyny - to moje dzieci. Zresztą one mi często mówią, że jestem dla nich jak mama albo siostra…

A jesteś bizneswoman! Zostałaś ostatnio ambasadorką…

O tak! Zadzwoniła do mnie niedawno menedżerka Magdy Pieczonki i zaprosiła mnie, żebym została jej ambasadorką w Zamościu. To było dla mnie wyróżnienie. Magda jest makijażowym guru i to było naprawdę coś. Miło było mi też gościć Ewę Gil, która prowadziła warsztaty w moim salonie. Ogromną radość poczułam, kiedy okazało się, że w niecałe pół roku po otwarciu salonu wygrałam w konkursie na najlepszy salon kosmetyczny w powiecie zamojskim. Nie pojechałam na galę po odbiór nagrody, bo w sobotę miałam zapisane klientki na makijaż, ale to był impuls, który mi dał wiatr w żagle. Wygrałam z salonami, które miały 15-letnią historię działania. Pamiętam, jak organizatorka zapytała mnie przez telefon, co ja zrobiłam, że jestem najczęściej googlowaną kosmetyczką na Lubelszczyźnie? A ja nie zrobiłam nic. Poza ciężką pracą.

Co ci mówi twój biznes o kobietach?

W regularności siła! Kobiety zawsze powinny o siebie dbać. Mam wśród klientek mamę z córką. Mama dba o cerę regularnie, bo od dawna jest naszą klientką i w efekcie wygląda lepiej niż jej córka. Córka mówi – "No bo mama ma na to czas". A prawda jest taka, że każda kobieta powinna znaleźć czas, by o siebie zadbać. Kluczowa jest systematyczność. Żeby zadbać o cerę, nie trzeba od razu iść do kosmetyczki, wystarczy poświęcić czas na pielęgnację w domowym zaciszu. Używać kremu pod oczy, kremu do twarzy. Nie zdziałasz cudów z dnia na dzień, dajmy na to przed ślubem, kiedy każda panna młoda chce mieć cerę-glow. No to nie działa. O to trzeba zadbać na początku. Czyli na długo przed wyborem sukni ślubnej. Z tą regularną pielęgnacją jest jak z siłownią. Ja też ciągle mówię, że nie mam czasu, bo praca praca, praca. Prawda jest taka, że jakbym chciała, to bym go znalazła.

Biznesy jak twoje są biznesami wysokiego ryzyka. Jak ty się zabezpieczasz i jakie standardy budujesz, żeby uniknąć ryzyka?

Zawsze starałam się robić wszystko, żeby klientka do mnie wróciła po pierwszej wizycie. To była praca od rana do nocy. Telefon do salonu – "Malwi opalisz mnie?" I szłam nawet jak było późno. Wiedziałam, że jak ja nie pójdę, to nic z tego nie będzie. Cały czas inwestuję w edukację. Zapewniam szkolenia i spotkania z ekspertami moim dziewczynom, uczę je jak rozmawiać z klientką. Ważne, żeby zapamiętać jej imię, preferencje, po to, żeby następnym razem coś zaproponować. Ja zawsze zapytam co u babci, co u syna. Klientki mówią, że lubią do nas wracać, bo jest miło i wesoło. Każda z nas jest trochę psychologiem.

Masz takie poczucie, że kształtujesz swoje pracownice? Że jesteś ich pierwszą szefową?

Dla niektórych tak. Zresztą lepiej mi się w takim modelu pracuje, bo zmiana nawyków z poprzednich prac jest trudna. Staram się być na bieżąco ze wszystkim włącznie ze sprawami moich pracownic. Nieraz usłyszałam, że takiej szefowej jeszcze nie miały. To miłe. Jak miałam przypadek, że się dziewczyny w zespole nie lubiły, to je rozdzieliłam i jedna pracuje w salonie na Hrubieszowskiej, a druga w salonie na Gminnej. Koniec konfliktu. Nieraz przychodzi dziewczyna i się pyta czy ja daję umowę, bo ona od lat pracuje bez. Wiem, że mam zakład pracy dostosowany jak mało kto i ciągle o to dbam. Zauważyli to też pracownicy urzędowi podczas jednej z kontroli. Staram się być systematyczna, konsekwentna, mieć wszystko poukładane. Mam porządek w papierach, zusy płacę na początku miesiąca, dbam o badania dziewczyn, o ich firmowe ubrania.

Słowem - czujesz, że to jest to

Tak i czuję, że to jeszcze nie koniec. Jeszcze otworzę nowe salony.

Zobacz jeszcze:
INSTAGRAM