WOMENOMICS DAILY NEWS
stories
24. Maja 2019

Nigdzie się nie spieszę

Urodziłam dziecko. Zupełnie niedawno. Oh no, wait! 3 lata temu! 3 lata, a ja NIC nie zrobiłam. Wypadłam z zawodowego nurtu wydarzeń, nie przeczytałam książki przez ponad rok, włosy przez półtora strzygłam sobie sama, pierwszy raz wyjechałam na noc z domu po 2 latach i 10 miesiącach. I co? I nic. Bo w sumie przecież… nigdzie się nie spieszę.

To nie będzie tekst o tym, że dziecko zmienia twoje życie. A kiedy mama mówiła: „jak będziesz mieć swoje, to zrozumiesz”, to miała, kurczę, rację. To nie będzie też tekst o tym, że rodzicielstwo jest trudne, ale nikt o tym głośno nie mówi.

To będzie opowieść o tym, że wcisnęłam sobie życiową pauzę i po trzech latach nie umiem już inaczej.

No dobra, zmiana była cholerna

Fakt: myślałam, że urodzę i dalej będę śmigać po świecie, chodzić z dzieckiem wszędzie, gdzie będę miała ochotę, nauczę moją córkę żyć aktywnie oraz tego, że mamusia musi mieć też swoje życie. Otóż nie. Żadnej z tych rzeczy nie udało mi się zrealizować tak, jak sobie wymarzyłam. ŻADNEJ. Moje dziecko nie chciało być aktywne, nie chciało przeżywać przygód, pomysł, że mam oddzielne życie, potraktowało z totalnym niedowierzaniem 😉 Także…

Spanikowałam. Po czterdziestej szóstej rundzie wokół stołu z rękami objuczonymi maluchem, który początek swojego życia przeżywa mocno, z trudnością i zdecydowanie protestuje przy każdej próbie separacji, zawyłam do księżyca. Napisałam do dawno niewidzianej kumpeli, że ja chyba oszaleję, że to tak nie może być. Ola odpisała mi wtedy, że pamięta ten okres w swoim życiu i że powiedziała sobie wtedy: przecież nigdzie się nie spieszę.

Wtedy mnie olśniło

I powoli zaczęło docierać, że właśnie teraz totalnie niecierpliwa życiowo osoba (ja) musi odpuścić i poczekać. Czekam tak od trzech lat. Doczekuję. I za każdym razem mnie zdumiewa, że to już. „Już” nie karmię piersią (a myślałam, że będzie to trwało do osiemnastki). „Już” mogę wyjść z domu wieczorem. „Już” mogę wyjechać na konferencję do innego miasta. „Już” mogę przeczytać książkę o czymś innym, niż poradnik „Jak podcierać dziecku tyłek, żeby się samemu nie uwalić”. „Już” mogę powiedzieć mojej córeczce, że strasznie ją kocham, ale dzisiaj nie dam rady bawić się po raz milionowy w leczenie 30 pluszaków i nie dam rady iść tego dnia po raz pięćsetny na bal koło kociej kuwety.

To se ne vrati

Przez dwa lata myślałam, że mój mózg jest w śpiączce. Że przeczytanie tekstu dłuższego niż pół strony A4 już na zawsze będzie poza moim zasięgiem. Potem myślałam – nie mogę czytać, bo nie mam kiedy: nie usiądę w fotelu na spokojnie, bo co 3 minuty woła mnie do drugiego pokoju moja Osoba, która właśnie teraz bardzo pilnie potrzebuje, żebym zobaczyła, jak zrobiła kółko ze śliny i chrupek. Mój Człowiek potrzebuje mojego mentoringu w sprawie źle założonych „ledżajnów”, nieobecności jednego, bardzo ważnego sznurka oraz niemocy w zakresie narysowania kreski. I to wszystko w ciągu 90 sekund. A o 22.00, kiedy po raz pierwszy tego dnia mam „czas dla siebie”, jestem w trybie co najwyżej ameby, a ameby, jak wiemy, nie dysponują umiejętnością składania liter.

A potem coś pykło. Dosłownie. Zepsuło nam się auto, więc podróżowałam do pracy MPK. I zaczęłam czytać. Najpierw krótkie teksty. Potem książki. Potem zaczęłam słuchać podcastów. I nagle zorientowałam się, że żeby zrobić COŚ, wystarczy mi 40 minut podróży. Że nie potrzebuję fotela i spokoju. Mam autobus, spaliny i 40 minut. Let’s go!

Wczoraj nowo poznany człowiek z branży (pracuję m. in. dla IT i marketingu), zażartowała, że prowadzę zmasowaną akcję budowania sieci kontaktów, bo zdążyliśmy w ciągu doby 1/ pogadać na żywo przy piwku, 2/ popisać na Linkedinie i 3/ na Facebooku. I wtedy olśniło mnie po raz drugi.

Zmieniłam się

Nie mam oporów, żeby skracać dystans. Bo nie mam czasu na zastanawianie się. Poznaję kogoś ciekawego w robocie i chcę z tą osobą być w kontakcie. Trzy lata temu musiałoby upłynąć zdecydowanie więcej czasu, spotkań i procentów, żeby komfortowo nawiązać relację.

Nie czekam na lepszy czas: albo teraz, albo wcale. Robię coś albo nie, nie zwodzę się, że „może za miesiąc”. Nie mam wolnego wieczora na czytanie i szczerze mówiąc, nie zapowiada się, żeby szybko się to zmieniło. Więc słucham i czytam w drodze.

Nie spieszę się. Nie próbuję upchnąć w dobie miliona aktywności. Nie mam na to przestrzeni. Mam rodzinę, pracę, która mnie czasem rozwija, a czasem mieli, mam bliskie mi osoby. Nie mam nowych ubrań, nie wiem, co się dzieje w polskiej literaturze, nie pójdę w tym miesiącu na hybrydy, bo pójdę zrobić cytologię. No trudno.

Nigdzie się nie spieszę.

Basia Jagoda, Mrs. PR w Mrs. PR / Konsultuje firmy z branży IT i marketingu

Zobacz jeszcze:
INSTAGRAM