WOMENOMICS DAILY NEWS
womenomics
27. Luty 2019

Temat pieniędzy i kobiet przypomina trochę temat ciałopozytywności

Katarzyna Barczyk – przedsiębiorczyni oraz blogerka. Prowadzi rodzinny biznes, który skupia się na produkcji ekologicznych przekąsek oraz dodatków do żywności. Po pracy – autorka najlepszego w Polsce bloga o feminizmie. Wyróżniona za opowiadanie #MójCzarnyProtest organizowanego przez Wielką Koalicję za Równością i Wyborem. Jedna z bohaterek akcji #CiałoPozytywne, która znalazła się na okładce „Wysokich Obcasów”. Członkini Stowarzyszenia Kongres Kobiet i Dolnośląski Kongres Kobiet. W czasie wolnym ogląda seriale, czyta skandynawskie kryminały, chodzi na siłownię. W rozmowie z nami zastanawia się między innymi nad tym, dlaczego obszar zawodowy nie jest dla kobiet atrakcyjny i jakie pytania powinniśmy zacząć zadawać mężczyznom.

Zacznijmy od tego, o czym pisałaś jakiś czas temu w odniesieniu do pytania, które padło na pasku pokazanym na antenie Dzień Dobry TVN po co kobietom pieniądze?

Katarzyna Barczyk: Temat pieniędzy i kobiet przypomina mi trochę temat ciałopozytywności, gdzie ciągle mówimy o nie goleniu nóg, owłosionych pachach i że to jest takie feministyczne, tymczasem cały czas ta dyskusja krąży wokół ciała. W trakcie tej dyskusji nie zmienia się punkt odniesienia. To znaczy, rozmawiamy o tym, co uważamy za wady lub za zalety, ale wcale nie dążymy do większej inkluzywności osób wykluczonych. W ten sposób rzadko kiedy poszerzamy grono znanych nam wizerunków, tylko się wciąż fiksujemy na temat pachy. A to nie o to w tym chodzi. Podobnie jest z pieniędzmi. Dlaczego kobiety wstydzą się mówić się o pieniądzach? Dlaczego ich nie mają lub mają ich mniej? Dlaczego nie potrafią negocjować zarobków? Skąd bierze się niechęć do pracy, dlaczego nie jest to wartość sama w sobie? To są pytania, na które nie mam odpowiedzi, a bardzo chciałabym je mieć. I czasami myślę sobie, że są to drobnostki, bo chociażby jako blogerka doświadczam sytuacji, gdzie moje prośby, żeby mi płacić za moją pracę oraz poświęcony na pewne czynności czas, spotykają się z niedowierzaniem. Pozwolę sobie ponarzekać: obowiązuje myślenie, że wysłanie książki powinno mi wystarczyć. Nikt nie bierze pod uwagę, że aby o niej napisać, trzeba ją przeczytać, zrecenzować, często także zestawić z innymi książkami. To zajmuje czas, a przecież nikt nie myśli o tym, że to, co robię na blogu, to jest praca. Myślę, że takie podejście do twórców internetowych nie jest wcale rzadkie. Super, że wraz z zasięgami przychodzą propozycje, ale ja coraz częściej odmawiam, bo wolę się skupić na tym, co sama chcę przeczytać i o czym napisać czytelniczkom bloga. Powoli uczę się, jaką ma wartość moja praca zarówno na co dzień w firmie jak i na blogu. I to jest to, czego brakuje nam, kobietom. A powszechne i krzywdzące przekonanie, że kobiety nie potrzebują pieniędzy, sprzyja temu, że łatwiej jest im nie płacić. Taka infantylizacja powoduje, że kiedy w końcu rozmawiamy o pieniądzach, to okazuje się, że niby ta dyskusja jest tylko o kosmetykach, a nie o inwestycjach. Tymczasem własne pieniądze to przecież niezależność ekonomiczna - a więc możliwość pokierowania własnym losem w każdej chwili. Nawet jeśli to nie są duże pieniądze, to i tak ustawiają nas w innym punkcie naszego życia. Na pewno fajnie i bezpiecznie jest mieć partnera, który nas utrzymuje, ale to nie jest zabezpieczenie na całe życie... Zwykła losowa sytuacja może nas nieoczekiwanie tego partnera pozbawić. Co wtedy? Podobnie z wychowywaniem dzieci. To piękna i szlachetna praca. W Polsce wciąż niedoceniona. Ale ona również nie pozwoli nam się utrzymać. Nie da niezależności. A poza tym, co, kiedy dzieci dorosną i pójdą w świat? Tak tworzy się zjawisko niewykorzystania kobiecego potencjału. Pieniądze dają kobietom bezpieczeństwo, pewność siebie i osadzenie w świecie.

Z jednej strony potrzebujemy pieniędzy, z drugiej są kobiety, które po prostu chcą zostać w domu. Jak wynika z raportu Women Power – Kobiety w Polsce 2018 48 proc. kobiet nie pracuje zawodowo, nie zarabia pieniędzy. Wskaźnik ten jest jeszcze wyższy wśród kobiet w wieku 25-34 i wynosi aż 54 proc.

KB: Jeśli jest to kwestia wyboru, to ok. Ale pytanie brzmi *–*dlaczego kobiety chcą zostać w domu? Co jest takiego w tym świecie zawodowym, że on nie jest dla nich atrakcyjny? Moja znajoma pewnie by powiedziała, że ta praca im nie daje poczucia wartości, ani dobrych zarobków, ani bezpieczeństwa, i przy tym pewnie jest nieciekawa. I to jest pewnie jakaś diagnoza. Ja myślę, że to także kwestia wzorców. Ja pochodzę z rodziny, w której kobiety zawsze pracowały. Moja babcia, Maryla, na przykład, żeby się za moim dziadkiem przeprowadzić, musiała mieć pewność, że będzie miała pracę w nowym miejscu zamieszkania. Musiała pracować i moja druga Babcia – Ola, którą wciąż pamiętam, jak zakładała klipsy i w czółenkach szła do biurowca. Ja sobie nie wyobrażam świata, w którym nie mogłabym pracować zawodowo. Moja mama mogłaby już być na emeryturze, ale nie wyobraża sobie nie pracować. Ma swoje biuro rachunkowe, zatrudnia ludzi, lubi to, co robi. To też dla niej pewna ciągłość, szansa na spotykanie się z innymi ludźmi, a także inne niż dom i rodzina pola realizacji siebie. Dlatego pewnie ja sama nie umiem sobie wyobrazić swojego świata bez pracy, ale czy byłoby inaczej, gdyby nie te wzorce? Dlaczego praca zawodowa nie jest atrakcyjna dla młodych kobiet? Nie wiem, myślę, że na pewno 500+ przyłożyło się do tego, że łatwiej jest kobietom zostać w domu, ale myślę, że przyczyna tkwi głębiej. Praca kobiet nie jest już postrzegana jako narzędzie emancypacyjne, tylko jako opresja, a dom i dzieci stały się znowu bezpieczną przystanią. Ktoś, pewnie partner i mąż, walczy na zewnątrz w tym „dzikim” świecie, a one mogą się zajmować dziećmi, domem i sobą. Brzmi jakby lata 50-te z USA zawitały do Polski AD 2019.

Jesteśmy uczestnikami rewolucji społeczno-kulturowej w kontekście męskości i kobiecości. Zastanawiasz się czasem, jak my wychowamy nasze dzieci?

KB: Trudno mi sobie wyobrazić, jakie będzie to nowe pokolenie. To jest duża wyrwa. Ostatnio byłam z babcią w Łodzi i ona mnie zapytała – no ciekawe, jak będzie wyglądał świat, jak ty będziesz mieć 50 lat?

I co pomyślałaś?

KB: W ogóle nie potrafię sobie tego wyobrazić. Podobnie moich dzieci mających po 20 lat. Wydaje mi się, że mamy globalny kryzys zaufania do nauki i badań i ludzie chcą się tak wycofać i żyć sobie bezpiecznie i spokojnie swoim własnym życiem. Patrzę na moje obie babcie i u nich widzę pęd do nauki *–*dla nich zrobienie matury to było superważne, nobilitujące doświadczenie. To nie było dobro powszechne. Moja mama i ojciec to pierwsze osoby w rodzinie, które zdobyły wyższe wykształcenie. To, że ja przyjmowałam jako pewnik, że pójdę na studia, kiedyś się nie mieściło w głowie. Znałam na studiach osoby, które jako pierwsze zdobywały wyższe wykształcenie i to też było dla nich niezwykle ważne doświadczenie tego, że są pierwsi i że to jest nobilitacja. Tymczasem społeczeństwo coraz mniej ceni sobie wykształcenie. Nie wiem, co będzie dalej. Z moich obserwacji mogę powiedzieć, że kobiety 30+ chcą robić karierę. I to karierę różnie rozumianą *np.*zaanagażowanie w small business czy otwieranie własnej firmy, albo bycie specjalistkami w jakiejś dziedzinie w jednej, stabilnej firmie. Mam wrażenie, że kobiety 20+ już nie są tak nastawione na karierę, chociaż swoje wnioski opieram o dość luźne przesłanki. Fascynuje i nurtuje mnie wciąż *–*dlaczego to nie jest obszar atrakcyjny? Co się stało, że znowu stracił na popularności? Czy faktycznie chodzi o to, że nie daje satysfakcji finansowej, czy też realizowanie ścieżki kariery jest trudniejsze dla kobiet? A może są kobiety, które nie chcą się w pracę zawodową angażować? Nie chcą tego domu opuszczać. Tych powodów jest wiele i nie wszystkie są przebadane. Trudno mi sobie to wytłumaczyć, być może to wynika z mojej uprzywilejowanej pozycji, że dla mnie ten świat był zawsze dosyć otwarty i łaskawy. Być może są bariery, których ja nie jestem w stanie dostrzec. Może w Polsce cena za karierę jest wciąż za duża? Może część kobiet, przychodząc do energetycznego zespołu babek, które chcą zdobywać kolejne szczyty, wykańczają się i rezygnują z kariery, twierdząc, że wolą żyć inaczej. Snując dalej rozważania o tym, co będzie za 50 lat, to może się okaże, że wcale tego typu przemyślenia nie są istotne, bo mamy dochód podstawowy i teraz skupiamy się tylko na tym, co lubimy. Przecież przewidywania futurologów zawsze były właśnie o tym, że pewnego dnia nikt nie będzie musiał pracować…

Dochodzi do tego fakt, że kobieta, która odnosi sukces nie jest lubiana…

KB: I to na pewno jest ważny aspekt tego zjawiska…Wszystko oczywiście zależy od konstrukcji psychicznej danej kobiety. Ja miałam sprzyjające wzrostowi warunki i zawsze mało mnie obchodziło, co powiedzą inni. Ale wiem, że większość ludzi tak nie ma. Chcemy być lubiani. Nikt nie chce być kobietą, która się wymądrza, chwali, narusza ład społeczny, w którym to mężczyzna ma biznes i pieniądze i przede wszystkim zawsze rację. Myślę, że z tym jest mentalny problem. Często spotykam kobiety, które boją się określać siebie jako feministki, bo to im „coś” odbiera. Raczej użyją określeń, że robią swoje, ale po kobiecemu. Na pewno kobiety, które odniosły sukces, są oskarżane o to, że nie pomagają innym kobietom. Tymczasem mężczyźni, którzy odnieśli sukces, są zjawiskiem tak normalnym, że w ogóle nie poddajemy ich takim ocenom i refleksjom. Ostatnio napisała do mnie znajoma, czy mogę jej polecić jakąś naukową książkę o feminizmie, bo mężczyźni to tak lubią naukowe opracowania… A jakby to była poezja o feminizmie, to co? Tylko kobiety by ją zrozumiały? To wciąż mnie irytuje, że przypisujemy jednej i drugiej płci jakieś stereotypowe uzdolnienia i stąd bierze się przekonanie, że kobieta w biznesie musi być albo jak facet i „traci” kobiecość, albo staje się „zimną suką”, cokolwiek to znaczy. Ja wiem, że jest trzecia droga, która pozwala na bycie sobą i bycie skuteczną, chociaż bywa to wyczerpujące momentami.

Skoro pojawił się temat mężczyzn, to podrążmy trochę. Czy najbardziej feministyczny blog w kraju, bo taką Twój blog ma opinię czytają także mężczyźni? Czy to określenie coś Ci odbiera? Czy masz poczucie, że coś tracisz?

KB: Mam to szczęście, że własna firma i najbliższe otoczenie nigdy nie próbowało mi sugerować, jak mam myśleć i co robić. Własna firma *–*którą dzielę z rodzicami i bratem pozwala mi kierować uwagę na to, co mnie interesuje. Poza tym, mam 1 głosu, a u nas w firmie każdy głos musi wybrzmieć, co oznacza, że zawsze mnie namawiano, żebym mówiła, co robię do dziś. Nigdy nie czułam żadnej straty, będąc feministką albo mając krótkie czy siwe włosy, co jak wiadomo, jest wyrazem skrajnego feminizmu. Myślę, że feminizm jest narzędziem komunikacji. Mówię wprost, co myślę. Mam partnerski związek i otoczenie, w którym nikogo nie dziwi bycie feministą. Ja myślę, że jest tyle feminizmów, ile feministek, i on nikogo nie ogranicza. Nikt nie traci na równości płci, na tym, że nie ma dyskryminacji, zyskujemy tak naprawdę wszyscy. I są mężczyźni, którzy to doskonale rozumieją i stoją z nami w jednym szeregu, ale szczerze mówiąc, nie należą im się jakieś specjalne oklaski za bycie przyzwoitym facetem.

Napisałaś- Nikt nie może mnie zwolnić za moje poglądy. Masz takie poczucie, że gdybyś pracowała w korporacji, to na przykład pisałabyś bloga tylko pod pseudonimem?*

KB: Może musiałabym mocniej manewrować? Więcej niuansować? Myślę, że w tym obszarze feminizm mógłby mi trochę odbierać… chociaż nie wiem, co by miał odbierać. Równouprawnienie daje możliwości, a nie je odbiera. We własnej firmie nie ma tego problemu, bo mogę wprost komunikować swoje wartości. Pamiętam, że jak był Czarny Protest, mój brat powiedział, że kobiety u nas zatrudnione nie mają obowiązku przychodzić do pracy, mogą iść na protest. Poszłam protestować, załoga została i dobrze, tak też może być, prawda? Nie muszą się przecież ze mną na tym polu zgadzać. Ale cieszy mnie, że rozumie te wartości mój brat i to jest super. Ale feminizm to jedno, bo myślę, że większość społeczeństwa zgadza się z jego założeniami, są za to tematy nacechowane ideologicznie związane z feminizmem, które dzielą o wiele bardziej: aborcja.

Myślę, że gdybym pracowała w miejscu, gdzie jest negatywny stosunek do kobiecej siły, to pewnie mniej otwarcie prowadziłabym bloga. Albo musiałabym szukać innej pracy. Musiałabym być czujna, żeby komuś nie nadepnąć na odcisk, ale na szczęście nie muszę. Zawsze będą osoby konserwatywne, którym jakiekolwiek działanie będzie się wydawać niepotrzebne i zagrażające ich pozycji, ale wydaje mi się, że mamy czasy, w których wiele kobiet ma swoją przestrzeń, robią coś dla siebie, angażują się w ważne dla siebie aktywności i to jest fala, której nie da się zatrzymać.

Na ile te problemy z feminizmem wynikają z tego, że nie rozumiemy, nie znamy jego definicji? A na ile z tego, że to słowo już nasiąkło pejoratywnie? Może za 20 lat nie będzie słowa feminizm tylko inne określenie?

KB: Możliwe, że to słowo jest wciąż niezrozumiane i to jest ciągła praca dla nas, aktywistek, żeby to zmieniać. Pamiętam wyniki badania *Wysokich Obcasów,*z których wynikało, że tylko 5 proc. Polek uważa się za feministki. Za to ponad 70 proc. utożsamia się z wartościami feministycznymi. To pokazuje, że pewna wolta społeczno-kulturalna się dokonała. Samo słowa „feminizm” jest nasycone znaczeniami, ale wcale nie trzeba się go bać. Myślę, że girlpower jest nowym powiewem *–*mówi o dziewczynach, nie o kobietach. I to może być jakiś nowy pomysł. Feminizm, pamiętajmy, zajmuje się ciężkimi tematami *–*przemocą wobec kobiet, biedą kobiet, możliwością decydowania o swoim ciele, w tym walczy o dostęp do aborcji, mówi o nierównościach społecznych… To nie są tematy, które da się pokolorować na różowo i sprzedać. Pamiętam, jak parę lat temu brytyjskie Ellerobiło kampanię na rzecz tego, żeby feminizm był bardziej sexy. Wtedy sobie pomyślałam *–*czy prawa człowieka też musimy ubierać w te buty? Czy trzeba liftingować coś, co powinno być oczywiste? Każdy powinien mieć te same prawa. Feminizm to traktowanie z szacunkiem osób bez względu na płeć. A zobaczmy, ile płci mamy dzisiaj. Świat nam się komplikuje. Nasze babcie żyły w innych czasach. Sam powrót do konserwatyzmu, który obserwujemy, pokazuje, że to, co przed nami, to nie będzie prosta droga na szczyt, ale jest jeszcze wiele zakrętów przed nami do pokonania. To, że tak wiele osób chce się dziś schronić przed nowoczesnym światem pod skrzydłami tradycji, samo w sobie daje do myślenia, jak zmienił się ten świat i ile jeszcze przed nami.

„Dziś i ja jestem kobietą” powiedział w trakcie trwania Czarnego Protestu jeden z dziennikarzy. A jak dziś Ty byś się do tych słów odniosła?

KB: Pamiętam, że te słowa padły w takim kontekście, że dziś sobie wybieram, że chcę być kobietą *–*bo to jest ważne i stawia mnie w centrum wydarzeń. Była w tym doza solidarności, ale to było też bardzo wygodne przecież przez pozostałe 364 dni w roku nie muszę być kobietą, co za szczęście, uffff! To fajnie pokazuje pewną przewrotność: na co dzień, kiedy kobiety w Polsce nie mogą kupić antykoncepcji bez recepty, decydować o własnym ciele, upominają się o alimenty, to wtedy kobietą nie chce być nikt. Ale jest i ta strona waleczna, medialna, taka Matka Polka na barykadzie, i to jest już kusząca pozycja, by się pokusić o bycie kobietą, co ładnie Pan dziennikarz pokazał.

Uważam, że dziś trudno w Polsce być kobietą bo wiele sprzecznych oczekiwań spoczywa na naszych barkach. Ale niełatwo też być mężczyzną, bo patriarchat ma oczekiwania również wobec mężczyzn. Myślę, że panowie mają mętlik w głowie, bo świat się zmienia, a oni nie mają na to recepty. Kobiety zaczęły trochę wcześniej pracę w takim sieciowaniu, tworzeniu sobie własnych, nowych miejsc poza domem. Mężczyźni jeszcze nie wiedzą, jak do tego podejść. Ja osobiście chcę być kobietą, nie tylko przez jeden dzień. Mam wspaniałych ludzi wokół, przyjaciół, dla których jestem po prostu człowiekiem. Co do tej obsesji na punkcie kontroli kobiecych ciał, to przypominam, że mężczyźni są płodni do końca życia przez 365 dni w roku, a kobiety tylko przez 6 dni w miesiącu przez połowę życia. Tymczasem koncentrujemy się na antykoncepcji dla kobiet, a nie dla mężczyzn. To ciało jest przypisane do kobiet. Dlaczego nie rozmawiamy o męskim ciele? Zakazy, odbieranie, narzucanie dotyczą kobiet. Mężczyźni w ogóle nie są poddawani takim działaniom, ani absurdalnym dyskusjom *–*po co im pieniądze? Przecież wiadomo, że oni mają swoje potrzeby. Mężczyzna musi mieć hobby *–*w świecie mojego dziadka to było związane z męskością. A kobieta? To ploteczki, kawka... I to właśnie jest krzywdzące, ale mimo wszystko myślę, że bycie kobietą jest super, akurat w moim przypadku tak właśnie jest.

Jakie pytania powinnyśmy zacząć zadawać mężczyznom? Oprócz tego sławetnego pytania, które tak często słyszą kobiety jak ci się udaje godzić karierę z rodzicielstwem?

KB: O to powinniśmy ich pytać non stop! Jest serial duński o pani premier, którą próbują atakować właśnie dlatego, że jest polityczką i kobietą, a ona odpowiada wtedy, że jest 2018 rok i ona nie będzie na ten temat dyskutować. Serial ma tytuł „Borgen” i bardzo go polecam! Myślę, że dziś mamy sytuację taką, że kobiety wyszły z domu, ale mężczyźni do niego nie weszli. Często jesteśmy pozbawione zaufania do mężczyzn, że oni ten dom ogarną. A przecież jak założą pieluchę nie tak, jak trzeba, to szybko się zorientują, że tak to nie działa. Nie spalą od razu chaty, gotując rosół, traktujmy ich jak partnerów, a nie jak mężczyzn z reklam, którzy sami nie potrafią o siebie zadbać. Z drugiej strony, oni czasowo nie są tak obecni w domu. Na pewno pytanie o to, jak godzą pracę z wyjazdami, hobby, rodziną, w ogóle by im uświadomiło, czy mają taki problem. Może by się okazało, że mają tego czasu za mało i chcieliby go więcej spędzać z rodziną. Tymczasem nasze społeczeństwo jest dość konserwatywne – mówimy dom – widzimy kobietę. To elementarz. Mama lepi pierogi, a tata czyta gazetę. Choć dziś są jakieś promyki nadziei, że to się zmieni.

Dużo uwagi poświęcasz elementom kultury książki, filmy, seriale. Te rzeczy są odbiciem rzeczywistości. Co nam mówią o dzisiejszym świecie?

KB: 2018 rok – to był rok kobiet. W sztuce, literaturze, kulturze. Myślę, że nie było nigdy takiego wysypu książek od kobiet, dla kobiet, dla dziewczynek jak w ubiegłym roku. Pojawiają się też książki dla chłopców co jest ważne, bo nie możemy zmienić sposobu myślenia tylko połowy społeczeństwa. Cieszy mnie, że w serialach jest wiele różnorodnych postaci, są silne kobiety, które kiedyś były wyjątkami, choć w polskich serialach brakuje takich kobiet. Obejrzałam niedawno Ślepnąc od świateł, jakie tam mamy role kobiet? U nas jest cały czas to samo, mam wrażenie, że obok tego, co się dzieje wokół. Inny przykład Patryk Vega i jego film o kobietach po obejrzeniu refleksja jest jedna to nie jest film o kobietach. One tam są, ale jakby ich nie było. Zobaczmy, jaką woltę zrobił serial House of cards od Francisa do Claire. Nadal się zastanawiam, czy ten serial wpływa korzystnie na feminizm, czy nie, ale niezależnie od tego, widzę ogromną przepaść w tych produkcjach. Trend girlpower zmienia rzeczywistość, porusza wątki, które kiedyś nie były poruszane. Wracając do książek to był rewelacyjny rok. Lekturą obowiązkową w szkole powinna być książka Anny Kowalczyk: Połowa brakujących dziejów. Ona pokazuje sedno – jak bardzo nie znamy swojej historii. Ale to się zaczyna zmieniać. Setna rocznica wywalczenia praw wyborczych przez kobiety otworzyła głowy wydawcom. Okazało się, że na takie książki jest rynek. A my dzięki nim poznajemy kobiety, które tworzyły historię.

Dostrzegasz dużą dysproporcję pomiędzy tym, co na zachodzie, a tym co u nas…

KB: Pora zrozumieć, że równość jest opłacalna. Potrzebujemy systemowych rozwiązań jak infrastruktura przedszkolno-żłobkowa. Jak oglądam jakikolwiek szwedzki film, to tam zawsze dzieci są odbierane z przedszkola, bo tak tam to funkcjonuje. Co więcej, jak pytam znajome, które mieszkają w Szwecji, to nie jest to tylko obraz propagandowy na potrzeby twórców seriali. W wielu krajach seksistowska mentalność polega na przekonaniu, że życie kobiety jest mniej warte. I to jest coś, co mnie boli. Bo w Polsce wciąż gadamy o tym otwieraniu drzwi, przynoszeniu płaszcza, ale to nie zmienia faktu, że brakuje pieniędzy na opiekę instytucjonalną dla ofiar przemocy, im odsuwanie krzesła nie jest najbardziej potrzebne w momencie kryzysu. Cieszę się, że powstają seriale, które poruszają te kwestie, mogą być różnej jakości, ale mówią o tym. Teraz mam na tapecie hiszpański serial o przemocy wobec kobiet, ale nie ma lepszego serialu, który pokazałby, jak trudno wyjść z koła przemocy, niż serial Wielkie Kłamstewka na HBO GO.

To na koniec przypisałaś się do ciekawej kategorii – influencerów zaangażowanych społecznie. Co czeka tę kategorię, jak będzie ewaluować Twoim zdaniem?

KB: Zmienia się patrzenie na twórców internetowych. Mam wrażenie, że zaangażowanie społeczne przestało być pustą obietnicą. Na pewno świetnie jest używać swojego wpływu na tłumaczenie świata… Ale ten rok mnie zaskoczył, bo co jak co, ale nigdy się nie spodziewałam, że feminizm stanie się modny! Zaatakował nas z koszulek, z gadżetów, z okładek magazynów. I z jednej strony bardzo mnie ten ruch cieszy, a z drugiej – boję się spłycenia go do gadżetów. Warto o refleksję. To jest skomplikowany ruch. Czasem mam obawy, czy on się nie rozmieni na kubeczki i koszulki, by przeminąć jak każdy trend. Boję się, że to będzie taka jednosezonowa kolekcja. Teraz dużo ludzi się jara girlpower i feminizmem, ale za rok może będzie modne bycie konserwatywną panią domu? A marketing zawsze znajdzie sposób na to, by to ładnie opakować i nam sprzedać. Takie odczucia mam też w odniesieniu do nurtu ciałopozytywności. Odnoszę wrażenie, że w nim bardziej chodzi o promocję środków do pielęgnacji ciała, niż wsparcie i empatię dla ludzi różniących się od nas samych wyglądem. Boję się, żeby ta dziewczyńska energia nie rozmieniła się na drobne, ale może jestem panikarą, jak ta Ciocia Pasztet właśnie, co się boi, żeby wszystko dobrze wyszło. Uważam, że warto czytać różnorodne lektury, wdawać się w dyskusję z różnymi ludźmi tylko dzięki temu będziemy wiedzieć, że feminizm też może być wykluczający. Mnie szokuje, że feministka, może nie szanować ludzi otyłych, bo są otyli według niej dlatego, że są leniwi… Porównywanie stanu zdrowia i stylu życia bez wiedzy na ten temat jest okropne. I właśnie w feminizmie w 2018 roku zabrakło mi przekazu, że słowa mają swoją konsekwencję. Jak jakiś stereotyp puszczamy dalej, to on zostaje. Zobaczymy, co przyniesie nam ten rok.

 

Zobacz jeszcze:
INSTAGRAM