WOMENOMICS DAILY NEWS
womenomics
13. Grudnia 2018

Bez inwestycji w infrastrukturę opiekuńczą nie uruchomimy potencjału ekonomicznego kobiet

WPM: „W jaki sposób trafia do Ciebie obiad?”tym pytaniem zaczyna się pierwszy rozdział książki Katrine Kielos pt. „Jedyna płeć”. I my od niego zacznijmy.

dr Ewa Rumińska-Zimny (ERZ): Obiad to nie jest tylko kwestia domowa, to kwestia ekonomiczna. Jeśli spożywamy obiad w restauracji, to jest on przedmiotem działalności gospodarczej, która jest wliczana w PKB. Pokazujemy wtedy, że nasz dochód narodowy wzrasta, a więc kraj się rozwija. Natomiast jak jemy obiad w domu, to on nie ma ceny, kojarzy się z czymś, co po prostu jest. Pojawia się na naszym stole bezszelestnie, bez problemów. Nie myślimy o tym, że przecież zakupy na ten obiad ktoś musiał zrobić, potem musiał przygotować i podać. To jest projekt produkcyjno-usługowy, ale jak widzimy, w ogóle nie wchodzi w zakres gospodarczy. Generalnie większość tej bezpłatnej, domowej pracy wykonują kobiety. I nie mam na myśli tylko gotowania, ale także opiekę nad dziećmi czy schorowanymi, starszymi rodzicami. Nierzadko nad partnerem. Kobieta jest takim centrum usług opiekuńczych – od fizycznych do psychologicznych – jak wsparcie czy rozmowa. Dlaczego ta praca jest poza sferą ekonomiczną?

WPM: No właśnie, dlaczego?

ERZ: Można to tłumaczyć prosto – ekonomia to nauka, którą tworzyli mężczyźni z własnej perspektywy. Wyłączyli oni z teorii ekonomii i rachunku ekonomicznego całą sferę reprodukcji i bezpłatnej pracy domowej. Proszę zauważyć, że ekonomia ma samych ojców założycieli. Jeśli zapytamy studenta ekonomii o wskazanie kobiety ekonomistki, to pewnie wymieni jedną lub dwie. Pierwsza to Joan Robinson – centralna postać postkeynesowskiego nurtu ekonomii, której dorobek jest cytowany w podręcznikach ekonomii, druga – to Róża Luksemburg, która z różnych powodów jest mniej widoczna, ale ma swój wkład w rozwój ekonomii, w tym analizy kryzysu gospodarki kapitalistycznej. A poza tym cisza. Pierwszy Nobel w tej dziedzinie zdobyła Elinor Ostrom dopiero w 2009 roku. Być może gdybyśmy wcześniej weszły do tej dziedziny nauki i ją współtworzyły, to byśmy zauważyły bezpłatną pracę kobiet i ją włączyły w system ekonomiczny.

WPM: To Pani zdaniem jest rozwiązanie?

ERZ: O tym zaraz, jeszcze wróćmy do ojców ekonomii. Cofnijmy się do czasów Adama Smitha, do 1776 roku, kiedy opublikował fundamentalną pracę o bogactwie narodów(*Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów –*przyp. red.)Zastanawiał się w niej, skąd się ono bierze. Świat, jaki widział wokół, to świat kobiet będących w domu, a nie na rynku pracy. One świadczyły pracę bezpłatną, a mężczyźni pracowali na rynku – tworząc tym samym sferę gospodarki. Adam Smith opisał prawidłowości tylko w sferze rynku i pieniądza i stworzył podstawy ekonomii. Niepodważalne do dziś. To on jest twórcą pojęcia człowieka ekonomicznego – homo oeconomicus – abstrakcyjnej jednostki, wokół której modelował zachowania. Ekonomia mówi nam o tym, w jaki sposób w oparciu o te zachowania wykorzystać nasze zasoby, takie jak ziemia, kapitał, zasoby ludzkie, żeby osiągnąć cel (zwiększanie bogactwa narodu). Smith opisał mechanizm rynku, zwracając uwagę między innymi na to, że człowiek ekonomiczny jest co prawda motywowany zyskiem, lecz produkuje dla dobra innych, tworząc bogactwo narodu. Powoduje to słynna „niewidzialna ręka” rynku poprzez cenę, popyt i podaż. Jeśli na rynku będzie za dużo jakichś towarów, to ich cena bardzo spadnie i producenci się wycofają, na to miejsce zaczną produkować inne towary. Myśmy się przekonali w gospodarce planowej, że jak zabraknie rynku, to nie ma sygnałów, co jest potrzebne. I tak fabryki produkowały według planu miliony butów – jak mówi anegdota – tylko na lewą nogę, bo liczyła się wyłącznie ilość. Rynek nie weryfikował wówczas jakości produkcji i jej dostosowania do realnego popytu.

WPM: A jakie znaczenie ma tu sfera reprodukcji?

ERZ: Praca reprodukcyjna, czyli odnawianie zasobów siły roboczej – a więc po prostu rodzenie dzieci – jest dla gospodarki koniecznością. Jeśli reprodukcja się kurczy, to spada liczba osób aktywnych zawodowo, a przybywa tych, które przechodzą na emeryturę. To jest problem Polski i wielu innych krajów europejskich. Sfera reprodukcji pozostaje jednak sferą prywatną, domową, uważa się, że nie ma nic wspólnego z ekonomią i gospodarką. Dzieci nie rodzi się dla zysku, to jest potrzeba serca, tak przynajmniej to definiujemy. Obszar pracy bezpłatnej – bez której gospodarka rynkowa nie może funkcjonować – nie tylko jest niewliczany do PKB, ale też ma niski priorytet przy wydatkach. Jak spojrzymy na strukturę budżetu – to zobaczymy, że sfera społecznych wydatków dostaje to, co „zostanie”. Rozumowanie ekonomiczne oparte jest na założeniu, że musimy inwestować w sferę produkcyjną, natomiast ta sfera społeczna jest wydatkiem. W przypadku przeznaczenia środków na sferę produkcyjną widzimy inwestycję, która nam się zwróci jako wzrost PKB. Inwestycja w żłobki i infrastrukturę opieki odciążającą kobiety, które tę pracę bezpłatną wykonują, jest traktowana jako koszt w kategoriach wzrostu PKB, pomimo iż w ten sposób możemy uwolnić potencjał kobiet na rynku pracy.

WPM: Jak zatem mądrze inwestować w tę sferę opieki, żeby zobaczyć w tym inwestycję, która się ekonomicznie opłaca?

ERZ: To duży dylemat – czy inwestować w powszechny system świadczeń dla dzieci, osób starszych – czyli w instytucjonalną formę opieki, czy też dawać każdej rodzinie do ręki pieniądze, żeby ktoś z jej członków – czytaj kobieta – zajmowała się tym dzieckiem czy osobą zależną w rodzinie. Z badań wynika, że transfery pieniężne mogą, zwłaszcza w dłuższym okresie, zniechęcać kobiety do aktywności zawodowej. Tak więc warto tworzyć systemy mieszane, gdzie inwestycje w dobrej jakości opiekę instytucjonalną są wsparte bezpośrednimi transferami pieniężnymi zwłaszcza, ale nie tylko, skierowanymi do rodzin o niskim poziomie dochodów. Niezależnie od przyjętego systemu konieczne są inwestycje, aby zmniejszyć zakres bezpłatnej opiekuńczej pracy kobiet i stworzyć im warunki dla wyboru – wejść/wrócić na rynek pracy czy zostać w domu i pełnić funkcje opiekuńcze. Krótko mówiąc, musimy uznać, że praca reprodukcyjna i opiekuńcza ma bezpośredni wpływ na wzrost gospodarczy. I trzeba w tę sferę zainwestować. Komponent modeli ekonometrycznych – siła robocza – nie jest dany raz na zawsze. Dzietność bardzo spadła i jest problemem dla Polski i większości krajów europejskich. Już nam brakuje rąk do pracy. Wartość bezpłatnej pracy kobiet to około 50% średniej pensji krajowej brutto i około 33–34% PKB. To dużo. Do wyliczenia tego stosujemy budżet czasu, który wciąż zresztą wskazuje na nierównowagę między płciami w tym zakresie.

WPM: To wróćmy jeszcze do pytania – czy Pani zdaniem płacenie wynagrodzenia kobietom za pracę związaną z funkcjonowaniem życia domowego to jest dobre rozwiązanie?

ERZ: Na pewno wsparcie dla rodzin w Polsce, zwłaszcza tych wielodzietnych, było jednym z poważnych zaniedbań okresu transformacji po 1989 roku. Czy jednak program 500+ to najlepsze rozwiązanie? Moim zdaniem jest to rozwiązanie doraźne. Załóżmy, że w rodzinie z trójką dzieci matka rezygnuje z pracy zawodowej i dostaje na każde z nich 500+. W momencie gdy one skończą 18 lat, ona jest jeszcze młodą kobietą, powiedzmy po 40-tce. Jej możliwości pracy na rynku są już niewielkie. Mąż może jest, a może nie. Biorąc pod uwagę, że średnia długość życia kobiet jest dłuższa niż mężczyzn, nieprzypadkowo w gorszym zdrowiu, to ta kobieta ma przed sobą około 35 lat. Co dalej? Do państwa po zasiłek? Ja uważam, że kobieta, która decyduje się na dziecko, powinna mieć wybór – praca czy wychowywanie potomstwa. Dostęp do infrastruktury żłobków i przedszkoli dobrej jakości, w których by się nie bała zostawić dziecka po roku macierzyńskiego, z pewnością jest jednym z czynników mających wpływ na ten wybór. Podobnie jak elastyczny czas pracy czy telepraca, a więc rozwiązania, które mogłyby zachęcić te kobiety do powrotu po urlopie macierzyńskim. Potrzebujemy kompletnego pakietu, a nie jednego środka, jakim jest 500+. Tego w Polsce wciąż brakuje. Istotne jest też włączenie się mężczyzn – mężów, partnerów ojców tych dzieci. To ważne, żeby brali urlopy tacierzyńskie, żeby czuli, że to dziecko jest również ich, jeśli chodzi o opiekę.

WPM: To się zmienia. Ojców z wózkami na placach zabaw czy w parku coraz więcej w pokoleniu 30-latków.

ERZ: To prawda, tutaj mamy zmianę na lepsze. Ale zdarza się, jak czytałam w mediach, że pracodawca zwolnił ojca, który chciał iść na tacierzyński…

WPM: To tak, jakby ojcowie byli gotowi, ale rynek jeszcze nie…

ERZ: To wszystko jest świeże. Po stronie pracodawców myślę, że jest trochę szok, po stronie mężczyzn – lęk. Boją się utraty pracy, pozycji, braku awansu. W mojej opinii przed nami jeszcze daleka droga. Potrzebne są kompleksowe działania z różnych poziomów, które by stworzyły i zmieniły postrzeganie ekonomii. Od strony modelowej – jak włączyć te dane o bezpłatnej pracy kobiet do modelowania ekonomicznego, które potem mają przełożenie na politykę ekonomiczną – podatkową, społeczną strukturę wydatków budżetowych. Powtórzę, wydatki na infrastrukturę opiekuńczą – na dzieci, osoby starsze, to kluczowa inwestycja, bez której nie uruchomimy potencjału ekonomicznego kobiet. A jest on niezbędny w warunkach deficytu siły roboczej. Albo będą pracować migranci z różnych państw, albo włączymy kobiety. Choć dziś pewnie udział migrantów i tak będzie konieczny. Nie chodzi przy tym jedynie o efekt ilościowy wzrostu liczby kobiet na rynku pracy, ale też jakościowy. Kobiety wnoszą do gospodarki nową jakość, pomysły i korzyści z różnorodności.

WPM: Mamy czasy, w których związek kobiet z pieniędzmi funkcjonuje w kontekście olbrzymiej siły nabywczej, niezależności ekonomicznej i dynamicznego bogacenia się naszej płci. Jakie zjawiska / trendy pozytywne obserwuje Pani w tym obszarze, a jakie rzeczy są niepokojące, na co powinniśmy zwrócić uwagę?

ERZ: W Polsce wciąż wiele kobiet jest nieaktywnych zawodowo, duża jest też luka płacowa między kobietami a mężczyznami. Jej wielkość zależy od metodologii liczenia. Można porównywać płace godzinowe**–**wtedy te różnice są mniejsze, bo kobiety pracują na pół etatu, czy w jakimś innym wymiarze godzin. Jeśli weźmiemy miesięczną pensję kobiet i mężczyzn, to luka jest znacznie większa. Możemy więc mówić o poziomie przeciętnej luki płacowej w granicach 7%–18%. Warto wspomnieć, że im wyższe stanowisko, tym luka płacowa jest większa. Na wyższych stanowiskach kierowniczych wynosi około 30%, na tych bazowych ta różnica oscyluje na poziomie 6–7%. Do tego jeszcze dochodzą różnice branżowe. Przyczyny luki płacowej są różne. Bywa, że kobiety same deklarują chęć mniejszych zarobków, bywa, że to pracodawca od razu ustanawia, że dla kobiety przeznacza mniejsze wynagrodzenie, bo zakłada, że ona nie będzie mobilna weekendowo, nie będzie brać nadgodzin, bo ma małe dzieci. W ramach Kongresu Kobiet rozpoczynamy akcję „#PayMeToo”. Chcemy lobbować za ustawą zobowiązującą zarządy firm do raportowania luk płacowych – nie mylić z jawnością płac. Będziemy korzystać z doświadczeń innych krajów, jak Wielka Brytania, gdzie wprowadzono obowiązek sprawozdawczości firm na temat luki płacowej.

WPM: Czyli nacisk odgórny…

ERZ: Tak. Nacisk na przedsiębiorców, którzy, co warto podkreślić, coraz częściej uznają korzyści z równości dla prowadzenia biznesu. Skoro udało się to konserwatywnej Wielkiej Brytanii – wierzę, że u nas też może. Wiem, że to się opłaca. Tym bardziej że mamy już narzędzie (algorytm w oparciu o dane z działu kadr firm), które pozwala na proste obliczenie luki płacowej na poziomie danej firmy. Narzędzie jest dostępne na stronie Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej.

WPM: Jest Pani związana z różnymi środowiskami – ONZ, SGH, Kongres Kobiet – jak zjawisko women power przejawia się w poszczególnych z nich?

ERZ: Motywem przewodnim są nierówności zauważalne gołym okiem. Każde z tych środowisk ma inną funkcję, ale każde ma też impuls do działania i zmian. ONZ ma ograniczone możliwości bezpośredniego oddziaływania na to, co się dzieje w poszczególnych krajach, ale ma instrumenty, jeśli chodzi o umowy międzynarodowe, konwencje takie jak te zakazujące dyskryminacji (CEDAW) czy przemocy wobec kobiet. Polska podpisała te konwencje i jest zobowiązana ich przestrzegać. Nie zawsze to się dzieje. Obecny rząd zamiast rozwijać aktywność na rzecz zapobiegania przemocy wobec kobiet poprzez wsparcie centrów do spraw przemocy czy telefony zaufania – to je likwiduje. Nasz kraj podpisał też Pekiński Program Działania. Jest w nim dwanaście obszarów wskazujących, co można zrobić w sferze ekonomii, przemocy i dyskryminacji. Wszystkie sfery uwzględniają sytuację kobiet. Ważne, że są takie postanowienia, a tym samym jakaś siła ich dochodzenia.

WPM: To jest rząd, który nie lubi kobiet?

ERZ: Nie wiem, czy nie lubi, ale z pewnością ma określone bardzo konserwatywne spojrzenie na rolę i aspiracje kobiet. I nie bierze pod uwagę zdania dużej części kobiet, co pokazały między innymi „czarne protesty”. Generalnie panowanie nad kobietami jest elementem władzy autorytarnej i wszystkich prawicowych ruchów. Blok po prawej stronie sceny politycznej wskazuje raczej na działania, które kobiety wtłaczają w określone ramy również w kwestii dzietności. Tymczasem wybór – czy się chce dzieci czy nie – powinien być jednym z podstawowych praw kobiet. Nasz rząd pokazuje – my tu rządzimy, my wiemy lepiej. Można gdzieś w tym szukać analogii, że potrzebni są kolejni żołnierze i wojownicy… Mam nadzieję, że to się zmieni, bo trudno ignorować w systemie demokracji zdanie połowy wyborców.

WPM: Kobiety stoją dzisiaj na czele kluczowych instytucji ekonomicznych: Banku Światowego, Międzynarodowego Funduszu Walutowego i OECD. Doczekałyśmy się role models w tej dziedzinie?

ERZ: Można to różnie interpretować. Według mnie, kobiety są wysyłane na takie frontowe stanowiska w momencie, kiedy jest trudno.

WPM: To zjawisko ma nawet swoją nazwę – szklany klif…

ERZ: Nie przypadkiem Christine Lagarde zastąpiła Dominique’a Strauss-Kahna, który został zdymisjonowany po aferze seksualnej. Ona miała oczyścić po skandalu atmosferę wokół MFW. Poza tym chciano pokazać, że promuje się kobiety. Proszę zobaczyć, podczas kryzysu2007–2008 wiele rządów, w tym rząd polski, do udzielania komentarzy w mediach wystawiał kobiety piastujące funkcje wiceministrów finansów, bo one wykonywały pracę od podstaw. Kobiety jednak na ogół nie są w gremiach decydujących o finansach (jak komisje budżetowe parlamentu), a raczej w sektorach spraw społecznych, jak edukacja, polityka rodzinna. To trudne obszary, gdzie fundusze są ograniczone i trzeba często podejmować niepopularne decyzje (jak podwyższenie wieku emerytalnego czy zamrożenie poziomu świadczeń). A na koniec, w sytuacji kryzysu, kobiety muszą tłumaczyć zmiany swoją twarzą.

WPM: Jest Pani od lat zaangażowana w promowanie równości kobiet i mężczyzn poprzez argumentację ekonomiczną. Jak zmienił się odbiór tego, co Pani mówi w ciągu ostatnich 10–15 lat?

ERZ: Argumenty na rzecz równości i korzyści, jakie ona za sobą niesie, zostały już dość powszechnie zaakceptowane, również przez biznes. Choć biznes często chce to realizować bezkosztowo. Nie chce inwestować w organizację żłobka w pracy, czy ułatwiać kobietom powrót po macierzyńskim, ale chce skorzystać z potencjału kobiet, bo ma jego świadomość. To jest zauważalna zmiana. Zmieniły się też środowiska feministyczne – do niedawna negatywnie patrzyły na ten argument ekonomiczny.

WPM: Dlaczego?

ERZ: Uważały, że kobieta nie jest przedmiotem i powinniśmy wychodzić z argumentów na bazie obrony praw i wartości, a nie z tego, że równość się opłaca. Twierdziły, że to jest wbrew ideologii feministycznej. A więc żywa była narracja martyrologiczna… Że równe traktowanie się im należy. Podejście, że to się opłaca, uznawały za niegodne siebie. A mi się wydaje, że jak działamy z dwóch stron, jest dużo bardziej efektywnie.

WPM: Jak dużo jest dzisiaj o nas bez nas?

ERZ: Dużo. Spójrzmy na wszystkie pozycje strategiczne. W polityce większość kobiet funkcjonuje na zasadzie atrapy – jako osoba realizująca czyjś program, któremu daje swoją twarz. Trzeba podkreślić, że w Polsce po raz pierwszy kobieta została wybrana na lidera partii dopiero pod koniec ubiegłego roku. Nie było do tej pory takiej sytuacji. To symboliczne, bo mamy 2018 rok i 100-lecie praw wyborczych Polek i niepodległości w Polsce.

WPM: Na koniec – tak po amerykańsku – co nas czeka za 10 lat?

ERZ: Myślę, że czeka nas rewolucja kobiet, że kobiety zaczną urządzać Polskę lepiej, mądrzej, efektywniej i sprawiedliwiej. Nie mam na myśli samych kobiet, bo to byłoby znowu jednostronne, ale we współpracy z mężczyznami na zasadzie konsensusu. Zwiększenie liczby kobiet na każdym szczeblu i zdobycie tego pół na pół zmieni rodzaj polityki. Nie wydaje mi się, żeby kobiety, które mają swój program i nie są marionetkami partyjnymi, godziły się na pewne posunięcia, które doprowadziły do kryzysu praworządności w Polsce. Potrzebujemy masy krytycznej, którą się wylicza na około 30%**–**jako minimum. Wierzę, że to się niebawem stanie. Kobiety w końcu w siebie uwierzyły, są obecne w mediach, w polityce, na uczelniach, w biznesie. Myślę, że czujemy, że razem możemy wiele zdziałać.

dr Ewa Rumińska-**Zimny –ekonomistka. Promuje tezę, że równość opłaca się firmom i gospodarce. Prezeska Międzynarodowego Forum Kobiet Nauki i Biznesu przy Szkole Głównej Handlowej (SGH), wykładowczyni ekonomii równości na Gender Studies IBL PAN, członkini Rady Ekspertów Instytutu ds. Równości Unii Europejskiej – EIGE oraz Zarządu Stowarzyszenie Kongres Kobiet. Ma w swoim dorobku pracę akademicką w SGH i Georgetown University (US) oraz w agendach ONZ w Nowym Jorku i Genewie. W latach 2000–**2009 kierowała programem *Kobiety i gospodarka,*który stworzyła w Europejskiej Komisji Gospodarczej ONZ. Inicjatorka paneuropejskich konferencji Kobiet Biznesu, autorka badań, raportów i publikacji na temat roli kobiet w gospodarce.

Zobacz jeszcze:
INSTAGRAM