WOMENOMICS DAILY NEWS
womenomics
12. Luty 2019

Za parę lat nie będzie miał kto przyjmować porodów

Świat stał się prokliencki, porodówki też idą w tym kierunku. O tym, co się zmieniło, a co się zmienić musi w systemie opieki okołoporodowej, rozmawiamy z Joanną Pietrusiewicz – prezeską Fundacji Rodzić po Ludzku, z którą jest związana od 1999 roku. Od lat zaangażowana w działania na rzecz przestrzegania praw człowieka w opiece okołoporodowej, propagatorka idei opieki okołoporodowej opartej na szacunku i potrzebach kobiet. Członkini ministerialnego zespołu ds. opracowania Standardu Organizacyjnego Opieki Okołoporodowej. / fot. dziendobry.tvn.pl

Co Polki będą świętować w 2119 roku?

Joanna Pietrusiewicz: Mam nadzieję, że będziemy mogły powiedzieć, że podejmujemy autonomiczne decyzje w porodzie i będzie on taki, jak będziemy czuły, że ma być. Że osoby, które będą wokół rodzącej, będą jej sprzyjały i wspierały ją w decyzjach. Że będzie możliwy poród w domu i cesarka na życzenie. Słowem, że system będzie wspierał kobiety i dawał im poczucie bezpieczeństwa. Dziś wiele kobiet podejmuje decyzję o cesarce, bo się boi, że nie będą miały znieczulenia, że ten poród będzie dla nich traumatycznym doświadczeniem – mam nadzieję, że tych obaw nie będzie. Jak patrzę na te 20 lat działania fundacji, to widzę, jak wiele diametralnych zmian przeszła nasza opieka okołoporodowa. Ale jeśli patrzę na to z perspektywy dzisiejszych kobiet i ich oczekiwań – a współczesny świat się bardzo zmienił, jest bardzo prokliencki i nastawiony na spełnianie potrzeb – to wiem, że mamy jeszcze wiele do zrobienia.

Szpitale się zmieniły, coraz bardziej dbają o intymność rodzącej, są coraz bardziej przyjazne. Najtrudniejsza jest i najdłużej trwa zmiana mentalna.

JP: Ja ją też obserwuję. Zachowania przemocowe, które kiedyś były powszechnym zjawiskiem, dziś się zdarzają, czyli ich skala jest mniejsza. Z naszego ostatniego monitoringu wynika, że to jest 17 proc. Oczywiście, na te 17 proc. można spojrzeć z perspektywy tych zmian i to jest wówczas „tylko”, ale można spojrzeć z perspektywy tych kobiet, które teraz rodzą, i to oznacza, że prawie co piąta doświadcza takich zachowań – to jest dużo i to smuci. Tym bardziej że poród jest procesem, w którym kobietom trudno pojąć, co się z nimi działo, mają tylko poczucie, że coś poszło nie tak, że pojawiła się manipulacja, nadużycie. To są rzeczy, które ciężko wyłapać. W wielu sytuacjach personel jest przecież po stronie kobiety – jest życzliwy, uśmiechnięty, używa poprawnych sformułowań, a czasami wręcz mówi – kochaniutka, złocieńkotak będzie lepiej. Presja na kobietę kierowana w takich miękkich słowach jeszcze z argumentem, że tak będzie lepiej, że to dla dziecka, powoduje, że kobiety tracą grunt pod nogami. Wciąż piszą, dzwonią do nas kobiety i mówią, że w szkole rodzenia dowiedziały się, jak ważny jest naturalny rytm porodowy, tymczasem jak trafiły do szpitala, bo miały termin, to tam ruszyła machina – indukcja porodu. I one są często w dysonansie, bo wiedza, którą dostały w szkole rodzenia, pochodzi często od personelu z tego samego szpitala, gdzie rodziły. A potem okazuje się, że jest jeszcze jakaś inna machina – np. chodzi o to, żeby był ruch pacjentów, żeby łóżka zwolnić, uspokoić personel medyczny. Zamiast doświadczać spokoju, czują się sfrustrowane. Oby nasze wnuczki i prawnuczki mogły ze spokojem rodzić, żeby w szpitalu było jasne, kto jest podmiotem tej opieki.

Poród w domu kiedyś standard, a dziś mówi się, że warto do niego wrócić.

JP: Tak, poród to było rodzinne, kobiece doświadczenie. Młode dziewczyny uczyły się wszystkiego o porodzie, potem nie potrzebowały czegoś takiego jak szkoła rodzenia, bo wiedziały, co to jest pierwszy okres porodu – choć nie potrafiły tego tak fachowo nazwać, co drugi, jak się przystawia dziecko do piersi. W tym wszystkim uczestniczyły, więc nabierały pewności. I jak te porody – po to, żeby były bezpieczniejsze – przeniesiono do szpitala, to się okazuje, że coś straciłyśmy. Przede wszystkim ten przekaz pokoleniowy, tę wiarę w to, że to doświadczenia porodowe są wpisane w życie i nasz organizm sobie z nimi poradzi. To jest coś, czego nie możemy nadrobić. Szkoły rodzenia nie do końca zajęły to miejsce. Szkoła niesie za sobą komunikat, że musimy się tego nauczyć – prawidłowego oddychania, przyjęcia pozycji wertykalnej.

Czy tego da się nauczyć, nie będąc w porodzie?

JP: To jest bardzo złudne. Tak naprawdę chodzi o to, żeby ponownie uwierzyć. Żeby zrozumieć, że to, co instynktowne, jest naturalne. Dobre szkoły rodzenia przygotowują do tego, żeby wsłuchać się we własne ciało.

Poród domowy będzie znowu powszechny?

JP: Nie widzę przesłanek, żeby to się stało powszechne. To będzie opcja zawsze dostępna dla jakiejś grupy kobiet. Żyjemy w czasach, w których wszystko mamy zaplanowane, wszystko chcemy mieć pod kontrolą i do tego nie wsłuchujemy się w sygnały z ciała. Jak nas boli głowa – to zamiast odpocząć i zastanowić się, skąd się to bierze, sięgamy po pigułkę, pijemy kolejną kawę i lecimy dalej. Tymczasem poród jest nieprzewidywalny, nie wiadomo, kiedy się wydarzy, jest poza naszą kontrolą, nie mamy na niego wpływu, nie wiemy, jak się będziemy zachowywać. Dla wielu osób jest to coś niewiarygodnego, z czym nie ma się kontaktu. Dlatego chcemy choć trochę przejąć kontrolę, chcemy zaplanować, uregulować go w pewnych ramach. Cesarskie cięcie daje tę możliwość. Ja nie chcę tego oceniać. Zwłaszcza że przekaz, z jakim się spotykamy od dziecka – a sprawdzałyśmy to w badaniu w przedszkolach – to przekaz, że poród jest straszny. Jako społeczeństwo musimy wykonać gigantyczną pracę i dojść do tego, co w innych krajach jest oczywiste – że poród domowy jest częścią powszechnie obowiązującego systemu opieki. Chciałabym, żeby porody w domu były elementem systemu ochrony zdrowia, tak jak w krajach skandynawskich, gdzie system wspiera kobiety i położne. Badania pokazują, że poród domowy jest tak samo bezpieczny jak ten w szpitalu pod warunkiem, że kobieta i dziecko są zdrowe. To nie jest fanaberia.

Co Państwa jako fundację najbardziej niepokoi? Z jakimi mitami się spotykacie?

JP: Kilka lat temu robiłyśmy badanie w przedszkolach i pierwszych klasach szkół podstawowych. Prosiłyśmy dzieci, żeby namalowały, jak rodzi się dziecko i później opisały ten rysunek. Refleksja jest smutna. Dzieci wcale nie wierzą w bociany ani w to, że maluchy znajduje się w kapuście. Za to uważają, że poród to jest wydarzenie podwyższonego ryzyka, które wiąże się z zagrożeniem życia. Jest karetka, krew, dominującą postacią jest lekarz. Poród to trud i ból. W związku z tym można powiedzieć, że już mają ugruntowane przekonanie o porodzie. Z kolei wśród młodych ludzi te kwestie okołoporodowe wywołują reakcje niechęci, nie chcą o tym rozmawiać, to nie pasuje do ich estetyki. Niemniej jak już są w ciąży, to budzi się w nich nadzieja – czyli ta natura jest bardzo silna. Czasami szkoła rodzenia trwa za krótko, żeby młoda mama i młody tata przerobili ten trudny przekaz pokoleniowy, który ze sobą niosą. Te porody były kiedyś opresyjne. Z jednej strony kobiety chcą się od tego oderwać. Wiedzą, że nauka o laktacji, karmieniu, pielęgnacji z lat 70. / 80. to inna nauka niż obecnie, więc nie chcą korzystać z informacji od swoich matek. I w pewnym sensie słusznie. Ale odcinając tę wiedzę naszych matek, odcinamy też wsparcie. Jeszcze nie potrafiłyśmy odnaleźć nowej drogi – ja jestem matką i osobą decyzyjną, ale chciałabym, żebyś była obecna w moim życiu i mnie wsparła. Takiego komunikatu jeszcze nie wypracowałyśmy. Szukają więc grup wsparcia w Internecie. A wsparcie doświadczonej matki jest jednak bardzo ważne.

Z troską mówi Pani o matkach. Tymczasem przekaz, jaki słyszą przyszłe mamy czy młode mamy, często jest taki, że to dziecko jest na pierwszym miejscu.

JP: Nie ma innej możliwości. Jeśli kobieta czuje, że jej potrzeby są niezaspokojone, to wpływa to na dziecko. Nasza forma i kondycja też. Często kobiety odsuwają swoje potrzeby na rzecz dziecka i sprawia im to przyjemność. Pamiętajmy, że każde dziecko chce mieć fajną, zadowoloną mamę. Wówczas nie dźwiga tego poświęcenia i uczy się tego, że trzeba dbać o swoje potrzeby. Nie ma chyba nic gorszego niż to, jak kobieta mówi: ja się poświęciłam, odmawiałam sobie, a dzieci się odwracają.

Obok mamy i dziecka jest tata. W dzisiejszych czasach zaangażowany. Widzimy go z wózkiem na podwórku, na urlopie tacierzyńskim.

JP: Przez lata obserwowałam, jak mężczyźni mówili – po porodzie to ja będę szybko wracał z pracy do domu, robił zakupy, sprzątał, przygotowywał dobry posiłek dla mojej żony i zajmował się dzieckiem– wierzę, że taka była energia i chęć. Natomiast często tak się nie działo, bo obie strony zapominały, że zmiana związana z narodzinami dziecka dotyczy obu osób. Największa i związana z fizjologią dotyczy oczywiście kobiety, ona jest w połogu i ważne, żeby dbać o jej zdrowie. Ale mężczyźni też muszą dać sobie prawo zadbania o siebie. Ważne też, aby sprawy, które są do ogarnięcia, rozdzielić na wiele osób, bo mężczyzna nie będzie w stanie sam tego wszystkiego zrobić. Mówi się o tym, że aby wychować dziecko, potrzebna jest cała wioska i tak rzeczywiście jest. To kluczowe przez kilka pierwszych tygodni, kiedy łapiemy rytm. Już po kilku tygodniach warto zadbać o to, żeby kobieta wróciła do tego, co lubi, żeby ładowała akumulatory. Inaczej po kilku miesiącach następuje wypalenie i oddalenie. Mężczyźni mówią, że zaczynają później wracać do domu, w pracy grają w gry po to, żeby wyszarpać sobie przestrzeń dla siebie. Jak już opanujemy rytm, to zadbajmy o swoją relację miłosną, chodźmy na randki. Nie chodzi o to, żeby usiąść przed telewizorem, tylko wyjść razem, zadbać o siebie, postarać się dla siebie nawzajem.

Obok rodziców, dziecka są jeszcze położne. Bardzo ważne postacie dla każdej rodzącej. Osoby-instytucje. Tymczasem doświadczenia z sal porodowych są różne…

JP: Po pierwsze na to, jak się zachowują położne, ma wpływ wypalenie zawodowe, które jest skorelowane ze sprawami systemowymi. Położnych jest za mało i zarabiają za mało. Spójrzmy na oczekiwania, jakie mamy względem nich – dyspozycyjność, chcemy, żeby przyjechała do porodu wtedy, kiedy się zacznie, żeby była na dyżurze, oczywiście wypoczęta, z wielkimi kompetencjami psychologicznymi, empatią i wiedzą, którą na bieżąco weryfikuje. Chcemy, żeby odpowiadała na nasze pytania cierpliwie, po raz dziesiąty – bo mamy obawy, jak się dziecko przewija czy pielęgnuje pępek. W jej rękach jest nasz największy skarb – dziecko. Tymczasem za wizytę patronażową, na którą ma do nas dojechać w ciągu 48 godzin od zgłoszenia – położna dostaje 27 czy 29 zł. Pan od pralki za tyle nie przyjedzie, a to w końcu tylko pralka. Położne, które przyjechały na naszą jesienną konferencję – Położne kobiet – zrobiły to w swój wolny od pracy dzień, albo biorąc urlop. Delegacji było bardzo mało. Tym samym szpitale pokazują, w jaki sposób traktują je jako specjalistów. No i jest ich za mało. Położna, która ma dwadzieścia pacjentek pod swoją opieką, nie jest w stanie być dla nich w pełnej dyspozycji. A tego pacjentki od nich oczekują. I mają do tego prawo, ale powinniśmy tworzyć system, który też zadba o położne. Żeby miały higienę pracy, mogły odpocząć i mieć na ten odpoczynek pieniądze, żeby miały budżet na dokształcanie.

Jak Państwo jako fundacja wspieracie położne?

JP: Co roku w pięciu miastach organizujemy bezpłatne konferencje, czyli szeroko zakrojone działania edukacyjne. W ubiegłym i w tym roku dużo mówimy o zrozumieniu współczesnej kobiety, bo słyszymy często, że położne mają z tym problem. Prowadzimy wykłady o pokoleniu X i Y, pokazując, jakie są ich postawy, z czego one wynikają. Z tym się trochę nie dyskutuje, to jest zmiana pokoleniowa i musimy ją oswoić. Te zmiany dotykają też fundację. Dlatego dbamy o to, żeby mieć młode osoby w zespole, żeby łatwiej trafić do młodych kobiet. Te działania edukacyjne przynoszą efekty. Położne mają dziś fanpejdże, dbają o nie, komunikują się z nową generacją jej narzędziami i językiem.

Zawód położna się starzeje?

JP: W tym sensie, że za mało położnych zostaje w zawodzie – tak. Młode położne zdobywają wykształcenie, pracują chwilę i bardzo często odpływają z naszego kraju. Przyrost jest niewidoczny. I to jest prawdziwa bomba, na jakiej siedzimy. Za parę lat odczujemy, że nie będzie miał kto przyjmować porodów. Na sali porodowej muszą pracować położne, które są w dyspozycji fizycznej. Jeszcze 55-latki są sprawne, ale już 65-latki nie i nie mają tych pokładów energii. Chociaż wiele z nich pracuje. Ten problem do nas wróci, jeśli nie zadbamy o lepsze wynagrodzenie i lepsze warunki pracy. Duża praca jest przed samorządem zawodowym. Ze strony fundacji jest poparcie w tej kwestii.

Powiedzmy jeszcze o nowych standardach w opiece okołoporodowej, które obowiązują od początku tego roku.

JP: Nowe standardy w dużej mierze są przedłużeniem tego, co było. Jest kilka rzeczy, które wpływają na niekorzyść – dotyczy to porodów domowych i sytuacji szczególnych jak poronienie czy narodziny dziecka martwego. Poprzednie rozporządzenie nakładało obowiązek na szpital, zadbania o to, by kobieta doświadczająca sytuacji trudnej nie miała kontaktu z kobietami oczekującymi na narodziny zdrowego dziecka lub przebywającymi ze zdrowym dzieckiem, by nie pogłębiać traumy. Teraz jest dopisek – że w miarę możliwości organizacyjnych szpital powinien zapewnić miejsce w innej sali. To otwiera furtkę. Z pozytywnych rzeczy muszę podkreślić zapisy wzmacniające wsparcie kobiety w karmieniu piersią. To jest cenne, bo jak wynika z naszych badań, jest to obszar, na który najbardziej narzekają kobiety. Wsparcie laktacyjne połowa matek ocenia średnio lub bardzo źle.

To na koniec jak się zaczęła Pani praca w fundacji?

JP: Byłam przerażona swoim porodem. Trafiłam do szkoły rodzenia, która dała mi dużo wsparcia. Poukładała mi wszystko jak puzzle. Zrozumiałam, że będzie dobrze, że potrzebuję na sali porodowej tylko wsparcia. I tak było do czasu, kiedy pojechałam do szpitala. Dotarło do mnie, że tam to w ogóle nie działa tak, jak mówili w szkole rodzenia. System robi kompletnie na odwrót, niż mówi nauka i edukacja. Zadzwoniłam do mojej położnej i powiedziałam: – *Nie wiem, jak to zrobisz, ale ja urodzę pod Twoim domem. Nie urodzę w tym szpitalu, mowy nie ma.*Znalazłam dobre dla siebie miejsce i dzięki temu poczułam, jak poród może być niesamowity. Nie mówi się kobietom, że poród może dać im ogromną siłę, bo jest w nim tyle trudu i granicznych momentów, które kobieta przechodzi w jego trakcie, że jeśli zrobi to na swoich warunkach, to powiedzenie sobie – zrobiłam to – daje niesamowitą energię i sprawczość. To jak wejść na własny ośmiotysięcznik. Początki karmienia piersią też dobrze wspominam. Wtedy pojawiła mi się myśl, że chciałabym być z kobietami i je w tym wspierać. Wiedziałam, że to są momenty, które wpływają na nasze życie i na nasze dzieci. Pojawiłam się na samym początku fundacji – 21 lat temu. Okazało się, że szkoła rodzenia, którą mi poleciła przyjaciółka, była zalążkiem Fundacji Rodzić po Ludzku.

W fundacji są osoby, które mają trudne doświadczenia porodowe, i, tak jak ja, takie, które mają świetne i chcą się tym dzielić. Wszyscy mamy w fundacji przekonanie, że każdej kobiecie należy się piękny poród, pełen mocy. Nieważne, czy w domu, czy przez cesarskie cięcie, czy naturalny – kobieta powinna czuć, że może urodzić na własnych warunkach.

 

Zobacz jeszcze:
INSTAGRAM